Po tak długiej przerwie należy się wam potężny wyjaśniający post, ale nie jestem pewna czy czas mi na to pozwoli. Oto część pierwsza, czyli co się działo. A działo się wiele.
Redukcja w pracy była dla mnie zaskoczeniem jak cholera. Wiadomo jak jest, ale dyrekcja zapewniała nas, że nieźle przędziemy i żadnych zwolnień nie będzie. Trzeba tylko zacisnąć pasa. Zacisnęliśmy, tylko mój pas chyba był na wysokości szyi, he he he. Pewnego pięknego dnia wracam sobie z lunchu, a tu karteczka od dyrektorki, żebym się u niej stawiła. Stawiłam się i dostałam obuchem przez łeb. Miałam zostawić wszystko jak stoję i zbierać swoje manatki. Nie pozwolono mi zadzwonić do klientów, dokończyć notatek, tylko spadać. Taki regulamin.
Zniosłam to jakoś spokojnie. Pozbierałam swoje śmieci, wyłączyłam kompa i poszłam. Dźwigając swoje siaty, myślałam, że wyniosłam z tej pracy coś o wiele ważniejszego, o czym nie wiedziałam, dopóki nie zostałam postawiona w sytuacji bez wyjścia - doświadczenie i potężną wolę przetrwania.
Kilka dni potem przyjechał mój Brat z Młodocianym (jeszcze) Bratankiem. Nie miałam czasu na roztkliwianie się nad sobą. Latania po urzędach, żeby im legalność załatwić do końca było sporo, a poza tym chcieli zobaczyć co fajniejsze atrakcje Niujorku (włącznie z Niujorkiem by night, ale gdzie ja, taka spokojna, udomowiona Falka, mogłam ich zaprowadzić?)
Młodocianego należało zainstalować w szkole. Niby bez sensu, bo przyjechał na 3 tygodnie, ale tłumaczyłam mu, że już będzie w systemie komputerowym, i w przyszłości, gdyby zdecydował się studiować w Stanach, będzie o wiele łatwiej. Dostał skierowanie do jednej z najlepszych szkół na Brooklynie. Nawet mu się to spodobało, ale nie dostał się z braku miejsc. I wtedy go olśniła prosta myśl - im później wchodzisz w system edukacyjny, tym gorzej dla ciebie. Mimo, że wylądował w podrzędnej szkółce, postanowił zostać w Niujorku na stałe.
A potem wyskoczył dach w Ruince i wtedy dopiero była jazda na całego...
O problemach z dachem wiedziałam już od dawna, ale póki co bydlę jakoś się trzymało. Przyszła malutka mżaweczka i przestało się trzymać. W dzikim pośpiechu, bo prognozy deszczowe zapowiadali, wszystkie chłopy zasuwały przy wymianie dachu. Ja donosiłam im żarełko, napoje chłodzące, narzędzia i liczyłam kurczącą się kasę.
Sukces został osiągnięty, dach nie przecieka, ale następne problemy czekają w kolejce...
Lecz o tym w części drugiej.
(Miejmy nadzieję, że już niedługo)