poniedziałek, 20 grudnia 2010

No, urodzilo sie

Jeszcze male i nieporadne. Jeszcze nie wiadomo co sie z tego wykluje. Szerokie plany wciaz zderzaja sie z wredna rzeczywistoscia, ale powolutku dochodzimy do jakiejs wspolnej idei.
Ja i moja Gwiazdka.
Blue Star, znaczy sie.
Moja wlasna i osobista firemka.
Musimy sie wpierac, zeby jakos przezyc. Ona potrzebuje mnie do istnienia, a ja jej, zeby mnie i Maloletniego wykarmila.

Poki co w dzikim zamieszaniu w zyciu osobistym, tworzenie firmy daje mi niespotykana odskocznie. Mozna sie na czyms sensownym skupic. Wiec sie skupiam.
Jak sie "odskupie" na tyle, zeby popatrzec z boku i poanalizowac, wroce do regularnej pisaniny.



A to moja wizytowka.
Nie moge pokazac zdjecia biura, bo takowego nie posiadam. Na razie jestem ja, moj, a nawet nie moj laptop i moj telefon z wszystkimi hecnymi bajerami, jakie szefowa firmy powinna posiadac. Nie bede wysylac zdjecia laptopa czy tym bardziej telefonu, ktorym to telefonem musialabym owo zdjecie wykonac. Wiec niech bedzie wizytowka na dowod.

wtorek, 9 listopada 2010

Zdziwienie

Weszlam na wlasno-osobistego bloga i szok maly przezylam.
Ze taki jakis inny.
Ciemny, obcy, zapuszczony, pokryty pajeczynami.

Wiem, ze to moja wina.
Nie trzeba bylo zmieniac szablonu a potem pozostawiac bloga na pastwe nieublaganego czasu, zeby sie slowa zeschly ze starosci i umknely z pamieci.

Nic dziwnego ze potem przezywam lekki szok.

Wiem czemu nie pisze.
Znalazlam sie na skrzyzowaniu drog i obawiam sie ze jesli stane i zaczne sie zastanawiac nad wyborem, to sparazlizuje mnie obawa i nie bede w stanie sie ruszyc.
Czasami chyba lepiej nie myslec, tylko gonic do przodu.

Znalezienie nowej pracy w moim zawodzie wydaje mi sie niemozliwoscia.
Chyba musze sie przeflancowac na nowy grunt.
Otworze wlasna firme.

środa, 27 października 2010

Część pierwsza

Po tak długiej przerwie należy się wam potężny wyjaśniający post, ale nie jestem pewna czy czas mi na to pozwoli. Oto część pierwsza, czyli co się działo. A działo się wiele.

Redukcja w pracy była dla mnie zaskoczeniem jak cholera. Wiadomo jak jest, ale dyrekcja zapewniała nas, że nieźle przędziemy i żadnych zwolnień nie będzie. Trzeba tylko zacisnąć pasa. Zacisnęliśmy, tylko mój pas chyba był na wysokości szyi, he he he. Pewnego pięknego dnia wracam sobie z lunchu, a tu karteczka od dyrektorki, żebym się u niej stawiła. Stawiłam się i dostałam obuchem przez łeb. Miałam zostawić wszystko jak stoję i zbierać swoje manatki. Nie pozwolono mi zadzwonić do klientów, dokończyć notatek, tylko spadać. Taki regulamin.
Zniosłam to jakoś spokojnie. Pozbierałam swoje śmieci, wyłączyłam kompa i poszłam. Dźwigając swoje siaty, myślałam, że wyniosłam z tej pracy coś o wiele ważniejszego, o czym nie wiedziałam, dopóki nie zostałam postawiona w sytuacji bez wyjścia - doświadczenie i potężną wolę przetrwania.

Kilka dni potem przyjechał mój Brat z Młodocianym (jeszcze) Bratankiem. Nie miałam czasu na roztkliwianie się nad sobą. Latania po urzędach, żeby im legalność załatwić do końca było sporo, a poza tym chcieli zobaczyć co fajniejsze atrakcje Niujorku (włącznie z Niujorkiem by night, ale gdzie ja, taka spokojna, udomowiona Falka, mogłam ich zaprowadzić?)
Młodocianego należało zainstalować w szkole. Niby bez sensu, bo przyjechał na 3 tygodnie, ale tłumaczyłam mu, że już będzie w systemie komputerowym, i w przyszłości, gdyby zdecydował się studiować w Stanach, będzie o wiele łatwiej. Dostał skierowanie do jednej z najlepszych szkół na Brooklynie. Nawet mu się to spodobało, ale nie dostał się z braku miejsc. I wtedy go olśniła prosta myśl - im później wchodzisz w system edukacyjny, tym gorzej dla ciebie. Mimo, że wylądował w podrzędnej szkółce, postanowił zostać w Niujorku na stałe.

A potem wyskoczył dach w Ruince i wtedy dopiero była jazda na całego...

O problemach z dachem wiedziałam już od dawna, ale póki co bydlę jakoś się trzymało. Przyszła malutka mżaweczka i przestało się trzymać. W dzikim pośpiechu, bo prognozy deszczowe zapowiadali, wszystkie chłopy zasuwały przy wymianie dachu. Ja donosiłam im żarełko, napoje chłodzące, narzędzia i liczyłam kurczącą się kasę.
Sukces został osiągnięty, dach nie przecieka, ale następne problemy czekają w kolejce...
Lecz o tym w części drugiej.
(Miejmy nadzieję, że już niedługo)

niedziela, 10 października 2010

Wsadzam czubek nosa. Tylko po to żeby poinformować, że żyję, tajfun rodzinny przetrwałam (chyba), dach niemal ukończony, Dziecko ma się dobrze, Młodzian podobnież...

A co tam będę truła. Potrzebuję czasu. Potrzebuję odpoczynku. Tak na moment, ale od wszystkiego. Jestem wyprana i wykręcona z wszelkiej energii i nawet w tych nielicznych momentach, gdy Młodzian dopuszcza do netu, nie mam pomysłu na posty.

Muszę się pozbierać do kupki.
Na razie Falującej się nie chce falować.

Minie.

Poczekacie, prawda?

poniedziałek, 27 września 2010

Hejka

Zakręcona po uszy jestem. Remont dachu trwa, mimo przeszkód pogodowych. Rodzinę trzeba po Niujorku oprowadzać i atrakcje pokazywać. Chyba nawet ciutkę przesadziliśmy z tymi atrakcjami, bo Bratanek postanowił zostać na stałe.
Z pracy wyleciałam niespodziewanie, mimo, że w zasadzie kilka dni urlopu by mi w zupełności wystarczyło.
Ptysiek ostrzygł się własnoręcznie, w obecności Babci. Niestety Babcia nie pomyślała, żeby go na zdjęciu uwiecznić. A w dodatku stracił zęba i teraz przypomina bobra. Słowem tematy się mnożą, a ja nie mam czasu, żeby na kompie posiedzieć i wszystko opisać.
Ale ja tu jeszcze wrócę.

poniedziałek, 13 września 2010

Falując wrześniowo

Lato płynnie przeszło w jesień. Nagle, w zepsutym i zanieczyszczonym powietrzu Booklińskim, pojawił się chrakterystyczny odcień chłodu i wilgotych liści. Z dnia na dzień. Brakuje mi tylko zapachu dymu z ognisk. Nawąchałam się w zeszłym roku, bycząc się o tej porze jeszcze w Polandii. Ech.

Za cztery dni spory fragment Polandii przyjedzie do mnie. Nie, Buba, nie na "forever", tylko na 2 do 3 tygodni. Potem się zobaczy. Przesadzanie na obcą glebę nie jest łatwe, więc skoro nie ma nacisku, niech się dzieje w sposób naturalny - kursując tam i z powrotem.

Dziecko nieco mniej płynnie przeszło ze stanu wakacyjnie lotnego, w szkolno-stały. Co prawda szkoły są "fantastic!" (jego wykrzyknik, nie mój), ale wstawanie rano to już inna bajka. W dodatku doszła jeszcze polska szkoła w soboty.

Po pierwszym dniu szkolnym (w środę) nastąpiły dwa dni świąt. W czwartek Brzdąc obudził się nagle, bez budzika, o jakiejś brutalnej godzinie o świcie, wyturlał z łóżka i pognał do pokoju mamrocząc do siebie jak w transie "I'm not going to school today. I'm not going to school today". Brzmiało to jakby sobie jakiś zaklęcie recytował. A potem włączył telewizję i pogążył w ukochanych kreskówkach.

Plan remontu Ruinki mogę sobie pod szyny podłożyć. Wczorajsza subtelna, choć całodniowa mżawka zaowocowała ciurkaniem z dachu. Wszystkie roboty zawieszamy na kołkach, bo nie ma sensu niczego odnawiać zanim dach nie będzie szczelny. Do tego niezbędna jest ekstra forsa, kilka dni ładnej pogody i ręce do roboty. Do rąk do roboty niezbędna jest ekstra forsa. Do ładnej pogody niezbędna jest interwencja siły wyższej. Dobrze, że nie forsa, bo jakby ten świat wyglądał?????

PS ma ktoś nadmiar czasu do odstąpienia?

czwartek, 2 września 2010

Radosna wiadomość

Solennie i z całego serca obiecuję poprawę!!!
Choćby tylko dlatego, że mnie spam torebkowy zalewa.
Ale póki co, serdecznie dziękuję tym, którzy trzymali kciuki i słali życzenia powodzenia.
UDAŁO SIę!!!!
Braciasty i Bratanek dostali wizy i przyfruną Hamerykę podziwiać.
Podobno wymaglowani zostali przez konsula potężnie i prawie przepuszczeni przez wykrywacz kłamstw, ale w końcu dostali upragnione pieczątki. Czy tam naklejki. Czy co to się teraz, w obecnej dobie, dostaje.

Nastąpił finał niemal dziesiecioletniego czekania!!!

Z radości mogłabym robić fikołki i hołubce wywijać! (Co zapewne będzie miało miejsce w sobotę na bardzo ę ą hamerykańskim weselu. Eeeee tam, niech widzą jak się Polacy potrafią bawić.)

Na wszelki wypadek miłego weekendu, bo nie wiem czy czas pozwoli mi się jutro pojawić.