piątek, 30 lipca 2010

Stare i nowe historyjki Zółwiowe

Zanim owe historyjki jednak zapodam, kilka słów odnośnie ostatnich komentów.
Na gadulcu nic nie było, ale już wiem gdzie i jak trafić do znajomego dołka. Przyniosę drabinę i nieco promili na pierwsze wejście.
Betty, pacjent (po mojemu zwany klientem) ma lat 17. Tylko wytłumacz co to są owe "Pręgi". Film? Książka? Po polsku, czy tłumaczone z obcego na nasze? I o czym, tak pokrótce.
"Masakry" nie oglądałam. Powinnam chyba napisać, że wolę ambitniejsze filmy, ale jak sobie przypomnę co mi się czasami zdaża obejrzeć... Choć pod tym kątem patrząc, "Masakra" istotnie może być uznana za filmik ku pocieszeniu (he he he). Pisałam już ze sugerowano mi stosowanie środków niekonwencjonalnych w terapiach.
Ell, buziol i nie zrażaj się zeżarciem. Pisz, pisz kolejne komenty.
Zabencjo kochana, co ten chłopak sobie między wierszami wyczyta, to już zależy tylko od niego. Jeśli chce się pogrążyć w maraźmie i depresji, to ja go za uszy nie przytrzymam. Zmieni mu się optyka, tylko wtedy, kiedy sam do zmiany dojrzeje i zechce otworzyć oczy na plączące się po tym padole wyjątki od reguł. Nie mamy wpływu na to co nam życie rzuca na kolana, tylko na to jak owe "zrzuty" przyjmiemy. Ja mu mogę podsuwać przykłady, ale naprawdę zobaczyć i przyjąć do siebie, może tylko on sam.

A teraz zapowiadane atrakcje:

Dawno, dawno temu, gdy moje Dziecko miało jeszcze skłonność do obrażania się na własną matkę...
(Ci, którzy mieli szczęście poznać moją Latorośl, nie mają złudzeń co do tego "dawno temu")
Staliśmy na przystanku metra. Szum, hurgot części metalowych, ludzkie paplanie, bo akurat nadmiar malołetnich, a Ptysiek coś do mnie mówi. Wytężam narząd uszny. Chce żebym coś mu kupiła, ale co?
- Mamusia, nie zapomnij dzisiaj kupić ...czek.
- Co mam kupić?
- Pasticzek!
- Co? Jaki plasticzek???
- Nie plasticzek, tylko PASTICZEK!!!
- A co to jest?
Za późno. Dziecko już się sfrustrowało, zmarszczyło nos podejrzewając mnie o głupie żarty i odmówiło wyjaśnień.
Kilka godzin później zażyczyło sobie "pasticzka" od Babci. Z podobnym skutkiem.

Długo trwało zanim wjaśniłyśmy co to był ów pasticzek. Ciekawe czy zgadniecie sami?


Historyjka druga przypomniała mi się po przeczytaniu o Dosinych kłopotach z kanapą.
Okoliczności podobne.
Zółwia Latorośl bywa często pozostawiana z Dziadkiem. (Początkowo miałam napisać "pod opieką Dziadka", ale mi owe kłamliwe słowa nie chciały przejść przez palce.) Bywa dość często, że Dziadek zalegnie na kanapie i odpłynie w objęcia Morfeusza, a Zółwiasty wówczas ma pole do popisu. Nie wiem skąd, ale zoczył pewnego dnia klej typu "kropelka". Nie wiem skąd mu przyszło przykleić nim monety do papieru, ale przyszło. Nie wiem też jaki przypadek sprawił, że papier był cienki, klej przesiąkł na podłogę i wszystko razem stworzyło monolit.
Nie wiem też czy się cieszyć, że Ptysiek do tego monolitu nie był przylgnięty. Z jednej strony szkoda dziecka, a z drugiej - nie dałoby się wówczas tego zignorować. Tymczasem Dziadek odkrywszy co Dziecko zrobiło, zabrał mu klej i na tym zakończył swoją interwencję. Wróciwszy wieczorem z pracy dokonałam dopiero odkrycia samodzielnego.
Przy użyciu Lwiej łapy monety dały się odłupać, ale to co pozostało na lakierze wybitnie szkodzi mojemu poczuciu estetyki.

A na koniec zdjęcie Ptyśka z jego weekendową zdobyczą. Pierwszy raz dostał samodzielnie wędkę do ręki (nie do zarzucania ani do zabawy z haczykami i przynętami, rzecz jasna).
Miał niesamowitego farta. Ryby brały mu jak zwariowane. Oto jedna z nich.

Apele

W pierwszym zdaniu mojego posta apel do Zakręconej. Nie mogę wejść do ciebie! Zaproszenia nie dostałam, a drzwi jakieś cerbery wirualne bronią i twierdzą, że bez zaproszenia mnie nie wpuszczą, bo to blog dla wybranych.
Więc proszę o zaproszenie.
Na kremowym papierze i przewiązane wstążeczką.

W drugim zdaniu mojego posta apel do czytelników.
Dostałam nową sprawę. Polska rodzina po przejściach z ojcem alkoholikiem. Oszczędzę wam opowieści, bo co wrażliwsi mogliby mieć problemy ze spaniem. Chodzi mi przedze wszystkim o syna, który izoluje się od świata i ludzi. Wbił sobie do głowy, że zachowuje się podobnie jak jego ojczulek, bo ma taki sam charakter. Bliscy mu w tym "pomagają" wytykając różne wady i porównując go do ojca. O ile się orientuję, więcej jest w nim zagubienia i niepewności, niż tatusiowej agresji, pogardy i chęci krzywdzenia innych. Tylko jak Młodego przekonać, że niefortunny garnitur genów i wychowywanie nie musi tak bezwzględnie determinować jego przyszłości. W pracy podsuneli mi pomysł, żebym pozbierała jakieś przykłady z życia innych ludzi, którzy mimo paskudnej przeszłości, byli w stanie zmienić swój charakter i wyjść na prostą.
Zachodzę teraz w głowię, skąd takie przykłady wezmę. To, na co sama się natykałam, pojawiało się przeważnie w kontekscie mojej szkoły. Naukowe artykuły, zapiski z sesji z klientami po traumie i temu podobne. Szukam czegoś lepiej strawnego dla nastolatka. Może książki, albo filmu, albo biografii kogoś sławnego. Najlepiej po polsku.
Przychodzi wam coś do głowy?

I jeszcze malutki "apdejcik" a propos z trudem malowanych przeze mnie płyt podsufitowych. Po zakończeniu owego malowania, Lew przypadkiem znalazł podobne płyty w sklepie. Miały oszałamiającą cenę 60 centów za sztukę (nie pamiętam obecnego kursu dolara, ale ok. 2 złote). Obliczyłam sobie, że wymiana kosztowałaby tyle co cena paczki papierosów, a ja męczyłam się dwa wieczory i do teraz czuję ten wysiłek to i ówdzie.
Ech, pośpiech jest istotnie złym doradcą.

środa, 28 lipca 2010

Ell mnie znowu pogania

Miałam wczoraj wątpliwą przyjemność zmagać się z farbą i wałkiem. Zastanawiałam się potem czy dziś rano będę w ogóle w stanie się ruszyć. To, że się ruszyłam (ruszam i mam nadzieję, że będę ruszać jeszcze długo) wprawiło mnie w pewien podziw.
Specyfika mojego malowania polegała na tym, że
a) malowałam sufit
b) nie stałą płaszczyznę tylko płyty podsufitowe. Naciśniesz takie wałkiem, a one w ruch pionowy. Trzeba z wyczuciem.
c) sprzęt miałam "zamortyzowany". Rączka wałka pęknięta. Kij specjalistyczny ciężki jak diabli, bo metalowy i teleskopowy. Farba z odzysku raczej niespecjalna.
Po kilku machnięciach myślałam, że nie wyrobię. Wyrobiłam pół sufitu, noc zapadła ciemna i daliśmy sobie spokój. Dziś ciąg dalszy.

O Zółwiku dawno nie było, toteż zapodaję.

Dziecko moje osobiste miewa problemy ze słuchem. Niekoniecznie medyczne. Ma po prostu słuch selektywny. Teksty o zapowiadanych atrakcjach rejestruje bezbłędnie, ale już takie "posprzątaj zabawki" nie powodują reakcji.
Podobnie było i tym razem. Męczyłam się właśnie przy kranie w piwnicy, gdy zobaczyłam, że Ptysiek majstruje przy atrakcyjnych pokrętłach przy piecu. Krzyknęłam, bo mój pieck to delikatne i kapryśne urządzenie, które nie nadaje się na eksperymenty. Gdy nie było reakcji, krzyknęłam jeszcze raz i to głośniej. Dziecko rzuciło mi spojrzenie pełne najgłębszej urazy i nadęło się obrazą jak balonik.
Przyznaję, że głupio mi się zrobiło. Skończyłm to co miałam skończyć i poszłam go przepraszać. Wygłosiłam dość długie tłumaczenie do nadętego urazą i odwróconego ode mnie kudłatego lebka. Potem zaległo milczenie.
- No i co? - pytam się.
Łebek odwrócił się o 180 stopni i moje dziecko rzuciło z niedbałą łaskawością
- Wybaczymy.

Skąd on nabrał takich wielkopańskich manier? Już nawet mówi o sobie w liczbie mnogiej!

piątek, 23 lipca 2010

Odrobina egzotyki

Przywlokłam się do pracy i zastanawiam teraz głęboko po co?

Po wczorajszym wolnym i z perspektywą byczenia się przez weekend, nie mogę absolutnie się zmusić do funkcjownowania w trybie roboczym. Poza tym, pogoda wilgotno deszczowo-podobna, całe szefostwo na wakacjach, zaległości zbyt dużych nie mam... Komu by się chciało w takich warunkach pracować?

Postaram się zmobilizować resztki samodyscypliny, lecz nim to nastąpi postanowiłam nadrobić zaległości blogowe, zanim wylecą mi z głowy wszystkie zabawne historyjki, które skrzętnie zbierałam na pociechę w tym paskudnym okresie.

Oto jedna za nich.

Jednym z problemów, żeby nie powiedzieć zarzutów, wskazanych mi w czasie ostatniej dyskucji z szefowymi, był fakt, że nie podejmuję ryzyka w czasie sesji z kilentami. Nie chodzi rzecz jasna o to by z nimi sporty ekstremalne uprawiać, czy bawić się w rosyjską ruletkę, tylko odważniej używać niekowencjonalnych metod nawiązania kontaktu (widocznie gra w szachy to było za mało).
Uczciwie przyznaję, że coś w tym jest. Nikt mnie nigdy wcześniej nie zachęcał do innych metod, oprócz tradycyjnego gadania. Gorzej, nawet to gadanie miało być przeprowadzane na zasiadzie przesłuchania (fakty! informacje! daty! nie paplanie o głupotach!)

Postanowiłam przestawić trochę optykę.
W czasie sesji z chińską rodziną zeszło nam się na temat jedzenia, a dokładniej chińskich owoców. Mamusia wychowała się w rolniczej rodzinie, więc sady owocowe dominowały w jej wspomnieniach na równi z ryżem i ciężką pracą. Wystarczyło, że zainteresowałam się jakie to też owoce się w Chinach hoduje, a wybuchła entuzjazmem. Na kolejną sesję przyszła zaopatrzona w "pomoce naukowe".
Przyniosła mi owoce liczi i smocze owoce (jak potem wydłubałam z netu, fukcjonują pod nazwą "pitaja" i bynajmniej nie pochodzą z Chin). Pokazała jak wyglądają w wersji nieobrobionej, żebym wiedziała czego w sklepie szukać, oraz po obraniu.
I zachęciła do jedzenia.
Nie mogą zapomnieć o tym "ryzyku", spróbowałam.
Zjadliwe. A nawet dobre.
Pitaję, nie wiem czemu, nazywają truskawkową gruszką. Mi kojarzyła się raczej ze skrzyżowaniem buraka i kiwi. Kolor buraczany, sok plami jak łobuz, a w środku drobne pesteczki, podobnie jak kiwi właśnie.
Liczi zaś przeźroczyste i słodkie z dużą pestką w środku.
Ale to nie wszystko. Do picia, owa mamusia przyniosła też "bubble tea", czyli herbatę z bąbelkami. Herbatę z mlekiem, jak się zorientowałam. Te "bąbelki" to nie były banieczki powietrza tylko kulki, na oko szalenie podobne do borówek. Napój piło się przez grubaśną słomkę, żeby kulki wsysać razem z napojem.
Podświadomie spodziewałam się jakiegoś owocowego smaku owych kuleczek, ale były jedynie gumowate. Nie dogadałam się z czego je robią. Internet potem wyjaśnił, że z tapioki.

W sumie spróbowałam:
owoców słodkich,
owoców kwaskowato - pestkowych,
gumiastych kulek
i mocnej herbaty z mlekiem

Godzinę później zrobiło mi się jakoś śmiesznie na żołądku.
Potem nieco mniej śmiesznie, a bardziej ciężko. Miałam wrażenie, że kulki nabrały cech ołowiu, a pestki drapią mi ścianki żołądka.
Nie zrobiłam sceny. Nie okupowałam łazienki, ale calą koncentrację diabli wzieli i w pośpiechu zwiałam z pracy wcześniej.

Chyba mam dosyć ryzykownych eksperymentów na póki co.

Dla ciekawskich zdjęcia owoców.

Tak wygląda liczi, choć te które widziałam miały nieco bardziej żółtą skórkę.


A to nieobrana pitaja.

Zdjęcia herbaty z borówkowymi kulkami nie posiadam. Myślę, że możecie to sobie sami wyobrazić.

czwartek, 22 lipca 2010

Skoro obiecałam...

Elizka twierdzi, że nie ma sklerozy. Fakt.
Obiecane zdjęcia




Rozbiórka w pełnym rozkwicie!!! Nie wiem jak inni, ale ja na sam widok czegoś takiego dostaję gęsiej skórki.




Jak widać po ścianach, już jest nieco lepiej.




To białe, to nowe ściany. To w wiązkach, to materiał, albo śmiecie. Czasami ciężko odróżnić.



Łazienka w takcie demolki.




Wydarliśmy wszystko, włącznie z gnijącą podłogą.




Autorka bloga w wersji roboczej. Chyba jednak preferuję siebie w innych wersjach.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Zaiste, Matrix na mnie spadł. Słusznie Smocza ów stan nazywa. Niby człek wie gdzie jest i co robi, a potem się okazuje, że wszystko jest na odwyrtkę. Idziesz korytarzem a tu ściana, i nic nie pomoże walenie w oną ryjkiem, bądź odwłokiem.
Tsunami nie będzie. Nie da się walczć ze wszystkimi. Z niektórymi nawet nie chcę. Mam w sobie, kretyńskie być może, przekonanie, że chcą mojego dobra. A że przy okazji czuję się wdeptana w szczeliny międzychodnikowe, to już insza inszość.

Łyse świeci jak nakręcone, przypalając każdy nieosłonięty kawałek skóry. Jestem w ciapki, w zależności co owego dnia odsłoniłam. Trza by się jakimś ciemnidłem wymazać, coby bardziej jednolity koloryt uzyskać.

Remontów mam już po kokardę. Nic dodać, nic ująć.

Odkryłam niebywałą przyjemność jaką po weekndach w roboczych ciuchach daje mi ubranie się w coś ładnego (czytaj: nie zakurzonego, bez niezpieralnych plam i bez dziur) w poniedziałki rano. Potem, oczywiście, zasuwam do pracy i przyjemność znika jak topniejący śnieg.

W czwartek wezmę Dziecko swoje osobiste na przedstawienie o dinusiach. Podobno szał ciał, jak wieść gminna niesie. A w weekend - WOLNE!!! Kumpel zaprosił nas w dzicz stanu Connecticut. Nie tak bezinteresownie, ale gdy chłopy będą sobie gadać o interesach i "wielkie biznesy" otwierać, ja uwalę cztery litery przy basenie i będę się relaskować aż do rozpłynięcia mózgu.

Turla się jakoś, jak sami widzicie.

piątek, 16 lipca 2010

Życie ostatnio klepnęło mnie w ramię, jak przy zabawie w berka. Klepnęło tak , że prawie przysiadłam z wrażenia.
To co wydawało mi się oczywiste, wcale takie nie było. To o czym byłam przekonana, okazało się złudzeniami.
Przez pewien czas zastanawiałam się skąd spadnie kolejny cios i w które z moich przekonań będzie wymierzony.
Dowiedziałam się już, że jestem podobno skłonna do obrażania się bez potrzeby, że jestem leniwa i nieskłonna do pomocy, że zrażam do siebie klientów, albo pozwalam im na zbyt wiele, że pomoc innych przyjmuję jakby mi się należała, lub jestem nią urażona.
Same paskudne rzeczy.
Co będzie następne?

Pojednczo, każdy z tych zarutów usiłowałabym wyjaśnić, zebrane razem, niemal w tam samym czasie, przgniotły mnie do ziemi.

Pocieszam się tym co często mówię ludziom na terapii – sytuacja zmienia się na lepsze dopiero wtedy kiedy dostajemy kopniaka, i to na tyle mocnego żeby nam w pięty poszło. Gdy świat jest miły i przyjazny, nie mamy potrzeby wychodzić z wygodnego kokona. Tylko gdy coś nas porządnie uwiera i nie możemy już wytrzymać, decydujemy się coś z tym zrobić. Niekoniecznie coś mądrego, ale to już inna para kaloszy. Musi być źle, żeby było lepiej.

I tym optymistycznym akcentem...

wtorek, 13 lipca 2010

Złapałam moment.
Moment kiedy mogę odetchnąć. Kiedy nic nie boli na tyle paskudnie, żebym nie mogła wytrzymać. Kiedy internet działa, mogę posiedzieć przy kompie przez kilka chwil a wszystkie paskudne sprawy nie szczerzą kłów zza pleców.
Moment kiedy emocje się uspokoiły i można pomyśleć spokojnie.
Moment dla siebie.
Cholera ciężka, dlaczego zrobiło się tak, że te kilka chwil spędzonych przy kompie jest przywilejem, a nie czymś naturalnym?
Trudno.

Wrócę.
Jak się coś niecoś poukłada i zdołam ogarnąć ten cały bałagan.
A póki co taki kawałek, który mi się spodobał i nawet nieźle oddaje moje obecne pomieszane emocje.