Na gadulcu nic nie było, ale już wiem gdzie i jak trafić do znajomego dołka. Przyniosę drabinę i nieco promili na pierwsze wejście.
Betty, pacjent (po mojemu zwany klientem) ma lat 17. Tylko wytłumacz co to są owe "Pręgi". Film? Książka? Po polsku, czy tłumaczone z obcego na nasze? I o czym, tak pokrótce.
"Masakry" nie oglądałam. Powinnam chyba napisać, że wolę ambitniejsze filmy, ale jak sobie przypomnę co mi się czasami zdaża obejrzeć... Choć pod tym kątem patrząc, "Masakra" istotnie może być uznana za filmik ku pocieszeniu (he he he). Pisałam już ze sugerowano mi stosowanie środków niekonwencjonalnych w terapiach.
Ell, buziol i nie zrażaj się zeżarciem. Pisz, pisz kolejne komenty.
Zabencjo kochana, co ten chłopak sobie między wierszami wyczyta, to już zależy tylko od niego. Jeśli chce się pogrążyć w maraźmie i depresji, to ja go za uszy nie przytrzymam. Zmieni mu się optyka, tylko wtedy, kiedy sam do zmiany dojrzeje i zechce otworzyć oczy na plączące się po tym padole wyjątki od reguł. Nie mamy wpływu na to co nam życie rzuca na kolana, tylko na to jak owe "zrzuty" przyjmiemy. Ja mu mogę podsuwać przykłady, ale naprawdę zobaczyć i przyjąć do siebie, może tylko on sam.
A teraz zapowiadane atrakcje:
Dawno, dawno temu, gdy moje Dziecko miało jeszcze skłonność do obrażania się na własną matkę...
(Ci, którzy mieli szczęście poznać moją Latorośl, nie mają złudzeń co do tego "dawno temu")
Staliśmy na przystanku metra. Szum, hurgot części metalowych, ludzkie paplanie, bo akurat nadmiar malołetnich, a Ptysiek coś do mnie mówi. Wytężam narząd uszny. Chce żebym coś mu kupiła, ale co?
- Mamusia, nie zapomnij dzisiaj kupić ...czek.
- Co mam kupić?
- Pasticzek!
- Co? Jaki plasticzek???
- Nie plasticzek, tylko PASTICZEK!!!
- A co to jest?
Za późno. Dziecko już się sfrustrowało, zmarszczyło nos podejrzewając mnie o głupie żarty i odmówiło wyjaśnień.
Kilka godzin później zażyczyło sobie "pasticzka" od Babci. Z podobnym skutkiem.
Długo trwało zanim wjaśniłyśmy co to był ów pasticzek. Ciekawe czy zgadniecie sami?
Historyjka druga przypomniała mi się po przeczytaniu o Dosinych kłopotach z kanapą.
Okoliczności podobne.
Zółwia Latorośl bywa często pozostawiana z Dziadkiem. (Początkowo miałam napisać "pod opieką Dziadka", ale mi owe kłamliwe słowa nie chciały przejść przez palce.) Bywa dość często, że Dziadek zalegnie na kanapie i odpłynie w objęcia Morfeusza, a Zółwiasty wówczas ma pole do popisu. Nie wiem skąd, ale zoczył pewnego dnia klej typu "kropelka". Nie wiem skąd mu przyszło przykleić nim monety do papieru, ale przyszło. Nie wiem też jaki przypadek sprawił, że papier był cienki, klej przesiąkł na podłogę i wszystko razem stworzyło monolit.
Nie wiem też czy się cieszyć, że Ptysiek do tego monolitu nie był przylgnięty. Z jednej strony szkoda dziecka, a z drugiej - nie dałoby się wówczas tego zignorować. Tymczasem Dziadek odkrywszy co Dziecko zrobiło, zabrał mu klej i na tym zakończył swoją interwencję. Wróciwszy wieczorem z pracy dokonałam dopiero odkrycia samodzielnego.
Przy użyciu Lwiej łapy monety dały się odłupać, ale to co pozostało na lakierze wybitnie szkodzi mojemu poczuciu estetyki.
A na koniec zdjęcie Ptyśka z jego weekendową zdobyczą. Pierwszy raz dostał samodzielnie wędkę do ręki (nie do zarzucania ani do zabawy z haczykami i przynętami, rzecz jasna).
Miał niesamowitego farta. Ryby brały mu jak zwariowane. Oto jedna z nich.

