wtorek, 29 grudnia 2009

Niszczarka

Choć fizycznie latam jak z pieprzem, mentalnie siedzę w środku prywatnego oceanu I tylko od czasu do czasu otwieram jedno oko. Przynajmniej tak sądzę. Zerkam tym okiem na blogi, lub wypatruję nowin z Polandii. Na tyle na razie mnie stać. Li i jedynie.

Niektórym się udało. Świąteczny weekend Brat z Bratankiem spędzili w Krakowie. Wytarzali się tam w rodzinnej atmosferze po uszy. Nawąchali i nałykali do wypęku. Moja zazdrość jest maleńka. Należało im się po stokroć. Ten rok, a w zasadzie ostatnie miesiące dały im obu do wiwatu za sprawą Bratowej. Ex-bratowej w chwili obecnej. I to z maluteńkiej czcionki, bo nawet na normalną nie zasłużyła.
Inni, którym także należały się cudowne Święta... nie mieli takiego szczęścia. Los nierówno daje. Nie wiem, czy bolało by bardziej gdybym sama była w tej sytuacji. Czasami cudze nieszczęście, w dodatku takie niesprawiedliwe i niezasłużone, boli o wiele bardziej.

Słaszałam wczoraj w radiu, że na Manhattanie zamontowano publiczną niszczarkę. Każdy może tam tam coś wrzucić by symbolicznie zniszczyć paskudny kawałek jeszcze obecnego roku. Przez resztę wieczoru zastanawiałam się co ja bym do niej wrzuciła. Zdjęcia pewnych osób, słowa wypowiedziane pod wpływem negatywnych emocji, zawiedzione nadzieje, niepotrzebne przejmowanie się niektórymi sprawami, ignorowanie ostrzegawczych sygnałów, zamykanie się w sobie, poczucie winy i nienawiść do tej osoby w lusterku. Sporo by się znalazło.

Nie. Nic z tego nie wrzucę. Wrzucone i zniszczone to zapomniane. A ja nie chcę tych samych błędów popełnić w przyszłym roku.

Żrę tabletki od stresa. Będę ja żarła tak długo, aż go nie zagryzę. A w międzyczasie poszukam też innych sposobów.

Bo na razie nie mam opcji wskoczenia do owej niszczarki.

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Hmmmm

Im dłużej nie piszę, tym ciężej się zebrać do kupy i choćby pobieżnie streścić co tam w Poffalowanej faluje.

Najpierw nie pisałam bo było źle. Potem bo było dobrze, ale komp pracowy wymagał zajęcia się pracą. Potem było jeszcze dobrze i nawet czasu sporo, za to znowu komp domowy stracił okoliczne meble i musiałabym pisać siedząc zadkiem na twardej podłodze. Mój zadek się nie nadaje. Może i nieco mniej kościsty po ostatnich dniach, ale ja z wiekiem jakaś wrażliwsza się zrobiłam i podłoga mnie ugniata. Zaś dziś piszę bez przerwy (no dobrze, z jedną małą przerwą) od 9:30 rano (jest 18 i mózg mi staje dęba).

Od tygodni olewałam nastrój świąteczny tak konsekwentnie, że zdołał mnie dopaść dopiero na ostatnie 24 godziny przed Wigilią. Powód olewania był prosty jak drut – obraziłam się na Swięta. Bo są nie takie jak chciałam. Bez pogody, bez nastroju, bez zapachów, bez żywej choinki, bez polskich kolęd, i w ogóle nie tam gdzie powinnam być. A skoro nie są takie jak mają być, to dla mnie wcale nie muszą istnieć!

No, nie do końca. Dziecko niczemu nie winne, że Mamusia się obraziła, więc dla Dziecka kupowałam prezenty i udawałam, że biorę udział w świątecznych przygotowaniach. Przy wtórze wewnętrznego zgrzytania zębów.

Pogoda trochę pomogła. Zasypało nas po samiuśkie uszy, a ja miałam niewątpliwą przyjemność wracać wówczas z zakupów w samym środku śniegowej zawiei. Wyglądało to tak – ciemna noc, miasto wyludnione, śnieg sypie tak, że na cztery kroki nic nie widać, ja obładowana, bez pieniędzy (bo wydałam), z wyładowaną komórką w desperacji wsiadłam do pierwszego, lepszego autobusu, który wywiózł mnie w bliżej nieznanym kierunku. Uwielbiam takie przygody, i piszę to bez cienia ironii. Lepiej mi to zrobiło na wredną psychikę niż alkoholizowane sesje u stada terapeutów.

Potem pojawiły się zapachy – Babcia dostała nagłego przypływu chęci i potrawy wigilijne wykonywała własnymi rencami (lub moimi). Każdego wieczoru witała mnie zabójcza kombinacja woni od suszonych grzybów, pieczonych mięs, smażonej cebulki, aż po pomarańczę i makowca. Nawet mój zniszczony Niujorskimi zanieczyszczeniami węch nie potrafił się temu oprzeć.

Zaś na koniec sypnęły się życzenia, prezenty i dobre nowiny. I w zasadzie więcej by mi nie było niczego potrzeba, gdyby dało się owe przedwigilije chwile zamrozić i tak pozostawić nietknięte.

Się nie da.

Ale skoro udało mi się na momencik wyczarować słowami odrobinę tamtego nastroju... to może przy nim pozostańmy.

piątek, 18 grudnia 2009

Życzenie

Z racji charakteru, upodobań i zawodu z własnymi emocjami jestem nieźle obeznana i wiem kiedy zbliża się dołek.
Wczoraj wieczorem przez kudłatą przeleciał mi taki tekst: "Ja tam to wszystko zniosę. I Małoletniego, który nagle pokazał długie różki i kopytka. I Dziadka, który swoimi rogami bodzie kogo popadnie. I nadmiar pracy, przy cieniutkich czekach w smętnym kolorze blue. I mróz od którego zamarzają mi komórki mózgowe. I dolegliwości fizyczne. I nawet przymus świętowania zniosę. Ale w przyszłym wcieleniu już teraz zaklepuję sobie życie misia koali. Będę całe życie siedzieć przypięta do jakiegoś drzewa i prezentować łagodny charakter. Ludziska będą się mną zachwycać. Nikt nie bądzie miał sumienia skrzywdzić takiego słodziaka. A co najlepsze, będę całe życie napruta alkoholicznie!!!!"

PS Pierwsze postanowienie na przyszły rok - kupię nowy piec do Rodzicielskiej Ruiny. Choćbym się miała zapożyczyć po uszy. Ostatni sezon tak jeżdżę, piątek świątek cz niedziela i przestawiam czujniki, żeby ludzie nie powymarzali!!!

wtorek, 15 grudnia 2009

Prezent

Małoletni poszedł w ślady reszty rodziny i nabawił się charczącego kaszlu. Dudnił tak potężnie, że zostawiłam go w domu pod opieką osobisto-Dziadkową. Zółwiasty raczej nie z tych dzieci, które się w domu nudzą, a już zwłaszcza gdy dookoła tyyyyyle atrakcji w postaci remontów i przeprowadzek.

W momencie gdy nieco mu się padło, zaproponowałam pisanie listu do pewnego grubego świętego, co to podobno grzecznym dzieciom pod choinkę prezenty wtyka. Zółwiastemu propozycja przypadła do gustu. Razem wykonaliśmy arcydzieło - ja napisałam "aligancki" nagłówek, a Zółwiasty wykonał listę upragnionych prezentów metodą obrazkową. Gdy się dziecko męczyło nad malunkami, Mamusia, niekoniecznie wierząca Swiętemu, siedziała na kompie i owe prezenty wyszukiwała w Pochwalonej, a konkretnie w sklepach internetowych.

Długa i uciążliwa była to robota. Clifforda (Wielki Czerwony Pies, dla niezorientowanych w bajkach młodego pokolenia) żywego i naturalnej wielkości nigdzie nie sprzedawali. Podobnie jak elektrycznego pociągu z żywymi dinozaurami. Musiałam poćwiczyć szare komórki i zamienniki powynajdywać.

Oprócz mebli do nowego mieszkanka, zakupiliśmy jeszcze tablicę szkolną dla Zółwiastego. Mimo, że jawnie była kupowana i pod ścianą bez jakiegokolwiek zatajniaczenia stała, Zółwiasty nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Było mi to na rękę, bo w zamieszaniu wcięło nam zapasik kredy, a po co komu tablica, gdy nie ma czym po niej bazgrać???

Wczoraj, jednakowoż, wracając z pracy zakupiłam potężne pudełko kredy i mazaki tablicowe. Dałam Małoletniemu. Dziecko, które w liście do Mikołaja, jako żywo nie wspomniało nic o przyrządach do malowania, rozpłynęło się w zachwycie. "To jest właśnie mój najulubieńszy prezent" wymruczał, wtulony we mnie jak w kocyk.

Jak to niektórym niewiele do szczęścia potrzeba...

poniedziałek, 7 grudnia 2009

!!!

Jaka jest najgorsza sytuacja dla terapeuty?
Nieprzypadkowa śmierć dziecka, które było klientem.
Zaliczone.
Przeżyłam to w zeszłym roku

Jaka jest drugą najgorsza z kolei?
Gdy przychodzi twój klient i mówi w tajemnicy, że ma w planie kogoś zabić.

Tajemnica zawodowa w tym momencie idzie sobie w krzaczki, ale klient jeszcze o tym nie wie. Wypytujesz go o szczegóły kryjąc dreszcze głęboko w środku. Kiwasz łepkiem ze zrozumieniem a jednocześnie kalkulujesz czy, jak facetowi w danym momencie odbije, to zdążysz do drzwi.
Zaliczone. Dzisiaj.

Jak na profesjonalistkę przystało zadzwoniłam na policję.
Albo właśnie ocaliłam życie trzech osób, albo powiększyłam listę tego świrusa o niżej podpisaną.

Po raz pierwszy w życiu autentycznie się boję konkretnej osoby, która ma twarz i nazwisko. Która mnie zna i wie gdzie pracuję. A pracuję bardzo niedaleko od jego domu. I często wychodzę późno z pracy.

Czy ja nie mogłam iść w ślady Babci i zostać księgową???!!! Kontakt z papierkami przynajmniej nie grozi zacukaniem.

piątek, 4 grudnia 2009

O pamiętnikach i blogach

W głębi falującej duszy zgadzam się, że remont to kataklizm i należy onego życzyć najgorszym wrogom, ale dla Ptyśka na ten przykład, to pyszna zabawa. Przylatuje co chwila z różnymi zabawkami i szaleje po pustach pokojach omijając slalomem puszki z farbą i lakierem. Zazdroszczę mu z całego serca tego podejścia!

Pytanie Ktosia o pamiętniki zafascynowało mnie i skłoniło do refleksji (co wyraźnie wskazuje na fakt, że zaniedbałam ostatnio „głębsze myślenie”). Pamiętniki pisałam od lat nastoletnich. Takie sobie przemyślonka na papierze to były, jak u typowej Małoletniej. Z tym, że dość szybko wyjechałam do piknej Hameryki i wtedy zaczęły się listy. Długie i w dużych ilościach. Pisałam by nie stracić kontaktu z przyjaciółkami, by uporządkować liczne nowości spadające mi na głowinę, by nie zapomnieć ojczystego języka. W dużej mierze owe listy przypominały bloga.
Ale pamiętniki prowadziłam nadal, tyle, że w nieco innej formie. Po prostu czasami gdzieś trzeba było wylać z siebie nadmiar emocji a papier prywatny nadawał się do tego najlepiej. Nie były to wynurzenia, którymi miałbym ochotę z kimkolwiek się dzielić. Nie zawsze potrzebuję rad, czy wyrazów współczucia. Wypiszę się i kryzys minie, a list poszedłby dalej i być może zaniepokoił lub zmartwił kogoś bliskiego.
To nie znaczy, że w listach przybierałam maskę pogodnej i wesołej, gdy pękało mi serce, że byłam w jakiś sposób nieszczera. Jednak mam potężną potrzebę prywatności i nie umiem dzielić się wszystkim i z każdym.
Lata mijały, listy zamarły, pamiętniki też pokryły się kurzem... aż pewnego dnia odkryłam blogowisko i był to dla mnie grom z jasnego nieba i objawienie. Niełatwo było mi podjąć wyzwanie ponownego pisania. Choćby sama bariera językowa. Dużo polskiego zapomniałam, a to co zostało, zerdzewiało od nieużywania. A ja zawsze miałam w sobie rys pedanterii językowej i własne błędy doprowadzały mnie do szału. Ale potrzeba blogowania okazała się silniejsza i tak powstała Poziomkowata.
Blogowanie było jaki pisanie listów do licznych nieznajomych. Otwerałam się powolutku i ostrożnie, bo diabli wiedzą kto tam po drugiej stronie ekranu siedzi. Dopiero po kilku miesiącach poczułam się na tyle pewnie, żeby przemycać we wpisach trochę więcej swoich refleksji. Chodziłam wtedy do szkoły, a tam człowiek który nasłucha się teorii psychologicznych, chce, czy nie chce, zastanawia się nad sobą.
Pamiętnik jednak istnieje nadal. Na kompie, bo tak jest mi coraz bardziej wygodnie. Czasami codziennie, czasami mijają miesiące, zanim natłok wydarzeń zmusi mnie do wylania tego w formie pisanej.
Nowy blog mial być w pewnym sensie połączeniem obu form. Chciałam zacząć bogowanie od nowa, bardziej prywatnie niż Poziomka, która co jakiś czas lądowała na liście polecanych (tfu!) Nie jestem pewna jak mi to wyjdzie, ale to raczej czas pokaże.

Likwidowanie mojej pisaniny nie jest dla mnie niczym nowym. Listy wysyłałam, by nigdy więcej ich nie zobaczyć. Pamiętniki schowałam tak, że zapomniałam o ich istnieniu. Blog zniknął w odchłani internetu. Bez żalu, bez wyrzutów sumienia posyłam przeszłość w nicość, tam gdzie jej miejsce. Bo jestem przekonana, że jeśli wyciągnęłam nauczkę z błędów przeszłości, to ta nauka zostanie gdzieś tam w pamięci i wypłynie w odpowiedniej chwili. A jeśli nie, to i tak muszę przerobić tę lekcję jeszcze raz. A wspomnienia... są we mnie. Trzeba tylko głęboko po nie sięgnąć, jak na dno szuflady.

Tyle rozpisywania się o sobie i swoim pisaniu. Wracam do zabawy w przeprowadzkę.

A ten kawałek jest dla Ktosia w podziękowaniu za inspirację.

wtorek, 1 grudnia 2009

Nadróbki i niedoróbki

Ze zgrozą stwierdziłam, żem zapuszczona blogowo. Śpieszę nadrabiać.
a) ściany wymalowane w mniej więcej osiemdziesięciu procentach.
b) podłoga wymalowana po raz kolejny, bo matowa wyszła za pierwszym razem i piaszczysta nieco (?????). Po drugim lakierowaniu lśni jak psie klejnoty... oprócz małego, malutkiego, tyciuteńkiego kawałeczka. Znajdę troszkę czasu i dopaćkam. Żaden problem.
c) meblowate częściowo kupione. Jest na czym postawić telewizor (na wyraźne żądanie Ptysińskiego) i książki Poffalonej. Reszty mebli na razie nie uświadczysz, ale kto by się tym przejmował. Parapetówy na parapetach mają się odbywać, a te, piknie odmalowane, czekają na użytkowanie.
d) okna częściowo odskrobane. Przez niektóre nawet coś widać.
e) podłoga w łazience została pozbawiona płytek na wskutek ruszania się którejś tam sztuki. Podobno klej „nie złapał”. Zamiast go wzmocnić jakimś sprytnym trikiem, Lew wydarł mi podłogę do żywego i zakaz wstępu do przybytku ulgi nakazał.
f) w kuchni także jakaś płytka się porusza pod stopą. Na razie zamaskowałam zarazę licznymi śmieciami, bo jak się Lew zorientuje...
g) szklanki, co to je przenosić miałam po jednej dziennie, uległy rozmnożeniu i wypączkowały w przedziwne kształty, takich na przykład talerzy, ciuchów, papierzysk i innych. Przenoszenie tego tałatajstwa przypomina jako żywo robotę niejakiego Syzyfa, z tym że on miał pod górę, a ja się w jednej płaszczyźnie przemieszczam. Różniste rzeczy znajduję, o których już dawno zapomniałam. Najciekawsze znalezisko to moje prastare pamiętniki z czasów gdy byłam jeszcze młodziutką i głupią Falką nie znającą blogów, ani klawisza delete. Za to teraz jest z czego się pośmiać.

Indyka i kaczkę z jabłkami skonsumowaliśmy w słynne hamerykańskie świąto tak szybko, że zanwet nie zauważyłam kiedy. W sobotni wieczór poprawiłam sobie na imprezie zaś następnego dnia najwyraźniej się czymś strułam, bo dziwne sensacje nastąpiły, o szczegółach których nie godzi się wspominać. W poniedziałek nastąpiła powolna mobilizacja sił do pracy... i koniec ekspresowych nowin na dzisiaj.