czwartek, 29 kwietnia 2010

A takie tam różne

Lenistwo patentowane bynajmniej mi nie minęło. Może jedynie przyczaiło się chwilowo.
Pogoda nie sprzyja. Gdy jest ciepło - smarkam i łzawię z powodu alergii na pyłki (po raz pierwszy i ku własnemu zdumieniu). Gdy jest zimno - maaaaaarznę (dygresja - rzekłam wczoraj Lwiastemu, że do ogrzania mnie potrzebuję chyba stada facetów. Nie miał radosnej miny. Zaproponowałam mu wobec tego rolę przewdonika stada, ale nie poprawiłam mu tym humoru. A gdy wymknęło mi się, że przewodnik stada ma ponoć największe rogi, zastosował szczypaną przemoc fizyczną).

Odwiedziłam ortopedę, który dokładnie rok temu wymienił Babcine kolano. Miły facet i wielki optymista. Obejrzał moje ulubione lewe kolanko. Pochwalił, że utrzymane w niezłym stanie i zalecił fizykoterapię. Dlatego mówię, że wielki optymista. Zaraził mnie chyba nieco tym optymizmem, bo na razie mam szczere chęci pójścia na ćwiczenia przynajmniej raz. Dalej mój optymizm nie sięga. Pierwszy lekarz z Listy Tych Których Należałoby Odwiedzić Dla Własnego Dobra odfajkowany.

W Ruince szykują się szeroko zakrojone remonty. Nie dość, że fasada do pełnego odnowienia, to jeszcze w dwóch mieszkaniach trzeba będzie solidnie popracować by doprowadzić je do sensownego wyglądu. Lokatorzy jednego z nich dali mi "propozycję nie do odrzucenia" - wyjeżdżają sobie na trzy miesiące i mam im w tym czasie zrobić remont. Tylko, że nie są skłonni za owe trzy miesiące zapłacić komornego. Rozbawili mnie szalenie. Remont zrobię, a jakże! Już od dawna miałam to w planie. I wynajmę nieco normalniejszym ludziom, którzy zapłacą odpwiednio więcej. Nie mogę tylko odżałować, że wypadło to akurat teraz a nie w przyszłym roku.

Skoro moje plany na lato są już przesądzone, powinnam na serio pomyśleć o zapewnieniu rozrywek Ptyśkowi. Kilka pomysłów (wszystkie lokalne i żaden nie obejmuje wyskoku za ocean) już jest: różniste kolonie, korepetycje z czytania, które Ptyśkowi "nie leży", sobotnia szkoła polska. Teraz tylko się zdecydować... i zabulić znaczącą sumkę.

Radykalnie zmieniłam fryzurę. Nadal przeżywam lekki wstrząs widząc siebie w lustrze, ale krótki włos szybciej schnie, co ma wielkie znaczenie o poranku. Zdjęcia nie mam. Nie było chętnych do zrobienia. Nie będę spekulować dlaczego.

Miłego długiego łikenda!!!

czwartek, 22 kwietnia 2010

Krótko i po angielsku

O Mamo-Mamuniu, Babciu i Teściowo!!!

Jakiż ja się ostatnio”lejzak” zrobiłam!!! Czyli po polskiemu leń patentowany.
Zmuszam się do pracy straszliwym wysiłkiem woli a w duchu liczę godziny do końca dnia. A potem do końca tygodnia.
Całe szczęście że dzisiaj to już jedno i to samo. Powolniaka czyli weekend, zacznę wcześniej niż reszta społeczeństwa o całe 24 godziny!

Czytając zachwyty nad Potomkiem w koszulce narodowej, czuję się zmuszona zatrzeć nieco to urocze wrażenie. Li i jedynie w samoobronie. Obawiam się bowiem, a mam już doświadczenia pod tym względem, że gdy następnym razem spróbuję się poskarżyć na Dziecko, spadną na mnie tysięczne gromy oburzonych blogowiczów. Jak śmiem, skoro on taki słodki!!!!

Jedziemy dziś autobusem do szkoły. Ptysiek ćwiczy angielski więc wymyślamy słówka z danymi głoskami na końcach. Najpierw takie co mają „-ek”, potem „-ik”, aż w końcu przyszła kolej na „-ak”. W trakcie kombinowania co się tu jeszcze na „-ak” kończy, przychodzi mi do głowy słowo opisujące czynności około-łóżkowe dla dorosłych. Krótkie, popularne i faktycznie ma owo „-ak”. Nie wyrwało mi się. Gęba na trzy spusty, a jednak dokładnie w tym samym momencie, Ptysiek to właśnie słowo wypowiedział. Po raz pierwszy w życiu, żeby było zabawniej.

Zawaliłam jako rodzic, przyznaję, bo zaczęłam się dusić ze śmiechu i dopiero po chwili opanowałam idiotyczną reakcję.

Czyżby zaczął mi czytać w myślach?

A jeśli tak, to czemu TAKIE słowa????

wtorek, 20 kwietnia 2010

Dobroczynne skutki rozbijania sobie głowy.

Nie umiem chyba pisać na siedząco!
O blogu mówię, bo pracowo-niepracowe pisma na siedząco tworzę z całą pewnością. Jednak przed wypykaniem tych kilku słów do współblogujących, muszę się przejść. Taka szczególna wada organizmu. W bezruchu, słowa mi uciekają.

Kurteczka (jeszcze) na plecy, szaliczek (już prawie niepotrzebny) na gardło, torba na ramię i idę! Rozruszam moje ulubione lewe kolano, zadymię płuca, popatrzę sobie na ludzi, kwitnące drzewa, strzelającą trawkę i wsłucham się co mi gra w falującej duszy.

Wsłuchuję się w... ciszę. Ni mniej, ni więcej. Po alergicznie-emocjonalnym zeszłym tygodniu fale Falującej jakby się uspokajają. Byś może pisząc to, prowokuję Los, który uwielbia takie teksty i tylko czeka żeby Falista przymknęła oczy w błogostanie. Wówczas rzuci jej jakiegoś głaza na łepetynę. Ale mam to głęboko w dziurkach nosowych. Sprawy się pokręcą, czy tego chcę, czy nie, a zmiętolona psychicznie mam szansę pokręcić jej na własne życzenie jeszcze bardziej. Więc przymykam oczy w błogostanie i wystawiam mordkę na słoneczne promienie. Nawyżej się nadmiernie opalę a przez jakiś czas nie będę wypatrywać burzowych chmur na horzyzoncie.

Albo własnych bezruch zmusi mnie do wymyślenia sobie emocjonalnego kryzysu.

Wczoraj wieczorem niewuażnie otwierałam ciężkie, metalowe drzwi szafki. Grawitacja zrobiła swoje i dostałam kantem prosto w czerep. Jeśli takie są długofalowe skutki owego uderzenia, będę częściej pod tą szafką stawała.










A to dla Nieufarbowanej, która mi zarzuca „wchodzenie na włam” do jej bloga i podkradanie halogenów z Lwiego autka. Lew, poproszony uprzejmie, chętnie oddałby własny lewy halogen by pomóc mieszkance swojego grodu, lecz przyznaję szczerze, że podkradanie się w masce, ze śrubokrętem w zębach jest o wiele ciekawsze.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Szkoła dla rodziców

Na wstępie dla ewentualnie zainteresowanych - nie, ludzie mnie nie oblegali z pytaniami czy kondolencjami. Nikt nie skojarzył. Może nie oglądali telewizji?

Zapewne byłoby inaczej gdybym, dajmy na to, przyszła do pracy owinięta w polską flagę, albo demonstracyjnie zarządała dnia (tygodnia?!!!) wolnego na odprawienie żałoby narodowej. Ale ja nie Osioł ze "Szreka", który swoje uczucia "nosi jak odzież wierzchnią". Zaniedbałam pracę w stopniu zaledwie dopuszczalnym, a gdy uznałam, że zbyt dużo myśli pączkuje mi w głowie i nie będę w stanie się skupić, zrobiłam sobie krótki spacerek. Pogoda sprzyjała, więc też nic dziwnego.

I nie czepiam się w tym momencie ani znanych mi osób, ani amerykańskiego narodu ogółem. Oni po prostu tacy są. Jeśli nie przyjdziesz z konkretnym zmartwieniem, określonym precyzyjnymi słowy, nie bawią się w subtelne domyślanki. Co nie oznacza bynajmniej, że nie są życzliwi, czy współczujący.

Ciekawe, swoją drogą, na ile sama tym przesiąkłam?



Ale nie o tym miało być.

Od kilku lat, co jakiś czas, w różnych okolicznościach natykam się na pytanie - dlaczego nie ma szkół dla rodziców?

Nie o szkołę rodzenia mi chodzi, rzecz jasna, tylko o to co robić potem, gdy potomek dorasta i... zaczynają się schody, oględnie mówiąc. Nawet nie jakieś strome czy połamane, tylko zwykłe standartowe schodki.
Nikt nie wątpi, że wychowanie młodego pokolenia jest szalenie ważne. Dla nas, dla nich i dla ich potomków. Nikt nie wątpi, że być rodzicem nie jest łatwo. Wystarczy pomyśleć o licznych niebezpieczeństwach mnożących się na drodze od dzieciństwa do dorosłości. Niebezpieczeństwach, które jeśli kiedyś istniały, nie były tak nagłośnione i nie docierały do świadomości przeciętnego rodzica. A teraz dzięki telewizji, Internetowi czy gazetom, docierają z subtelnością pięści między oczy i mrożą czasami szpik kostny.
Więc czemu nie zorganizować szkoły uczącej jak być dobrym rodzicem? Jak unikać pułapek wychowawczych? Jak unikać wspomnianych problemów? Jak pokazać młodemu człowiekowi co dobre, a co złe? W jaki sosób z nim rozmawiać? Jak narzucić mu pewną dyscyplinę bez dławienia jego osobowości?

Pytanie zasadnicze - kto byłby skłonny uczęszczać do takiej szkoły???
Ha już widzę ten las rąk!!! Przecież wszyscy chcemy być jak najlepszymi rodzicami, prawda?

No, niekoniecznie.

W pracy prowadzimy grupę dla rodziców. Takie dwunastotygodniowe mini-coś co opisałam powyżej. Kierujemy tam rodziców, którzy naprawdę nie dają sobie rady ze swoimi pociechami. (Przykład ekstremalny: mama bierze dziewięciolatkę do pizzeri. Ponieważ na pizzę trzeba trochę poczekać, dziewczynce się to nie podoba, urządza awanturę a potem ucieka przez ulicę niekoniecznie patrząc na jadące pojazdy. Zatrzymana przez jakiegoś dorosłego, informuje, że ta pani która ją goni, to obca osoba, której się boi, bo właśnie o mało co jej nie porwała. Koniec dygresji.)
Kierujemy jednak, nie zmuszamy. Nikt nikogo za kończyny ciągnąć tam nie będzie i nikt nikogo za chodzenie nie rozlicza.

Dałam skierowanie połowie moich klientów. Gdy nie było wiadomo czy i kiedy uda nam się ten program rozpocząć, wszyscy jęczeli jak im to potrzebne! Ile by się nauczyli! A jak by im i dzieciom pomogła odrobina teoretycznej i praktycznej wiedzy!
Na pierwsze spotkanie przyszło dwoje. I nie zapowiada się, żeby miało być lepiej.

Dodam jeszcze, bo specjalnie sprawdziłam w necie - na Brooklynie (dzielnicy jakby nie było, sporej) takie grupy nieodpłatnie prowadzone są tylko w dwóch miejscach. Płatne znalazłam jeszcze jedno.

Może mi to ktoś wytłumaczy, bo ja już nic z tego nie rozumiem.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

[*]

Zbieram myśli. Powolutku i ostrożnie jak kawałki bardzo ostergo szkła.

Bezsensowne tragedie zawsze przwodzą mi na myśl dzień kiedy koszmar był nabliżej. Kiedy mogłam go dotknąć w formie płatków popiołu zasypujących cały Brooklyn z pobliskiego Manhattanu. Z World Trade Center, który przestał istnieć.

Podobnie jak wtedy balansuję na krawędzi rzeczywistości i niewiary. Patrzę na rozłonecznione ulice, na śmiejących się ludzi i nie potrafię pogodzić tego co widzę, z tym co jest we mnie. Mam ochotą pytać wszystkich "Czy wiecie co się stało? Czy słyszeliście?" A jednocześnie milczę.

Po tragedii 11-go września ludzie też milczeli. Obchodzili się z bliskimi ostrożnie, nieśmiało uśmiechali się do obcych z wdzięcznością, że są. A potem wszystko wróciło do normy.

Oflagowany Greenpoint. Księgarnie, w których sprzedają polskie flagi, płene ludzi. To samo pasmanteria. Każdy kupuje tylko jedno - czarną wstążkę. Msze, w tym specjalna w Kościele Swętego Patryka. W amerykańskich wiadomościach relację z Polski. Na drugim miejscu, zaraz po strzelaninie na Brooklynie, bo jednak bliższa ciału koszula. Ale nazwali na "ważnym sojusznikiem". Po raz pierwszy zresztą, bo wcześniej trudno było się doszukać choćby najmniejszej wzmianki o polskich żołnierzach przelewających swoją krew za Amerykańskiego Brata.

Inaczej odbiera się tragedie, gdy jest się daleko. To co w Polsce jest już przesytem, uświadamia mi tylko, że nie powinnam była dać się "przeflancować" na obcą ziemię. A potem przychodzi refleksja - czy gdybym była w Polsce, przeżywałabym mocniej, bardziej, głębiej?

Na pewno miałabym czas i warunki na żałobę. Jest poniedziałek. Jak zwykle mnóstwo pracy, której nie mogę odsunąć bo gdzieś tam, w dalekim zimnym kraju zdażyło się coś wstrząsającego.

Nigdy się nie kryłam skąd pochodzę. Wiedzą wszyscy, których to kiedykolwiek zaintersowało - moi klienci i współpracownicy. Ciekawe, czy ktoś z nich "zaczepi o temat"?

Jest poniedziałek. Przedwczorajszy "nius" jest już pewnie przestarzały. Wszystko wraca do normy. Bo musi.

środa, 7 kwietnia 2010

Pofalowanie pracowe

W skrócie można by rzec, że moja praca składa się z dwóch zasadniczych części – kontaktów z klientami i roboty papierkowej.
O ile pierwszy komponent bywa frustrujący ale ciekawszy, o tyle pisanina sprawia mi przeważnie o wiele więcej problemów. Całe spektrum problemów, bym powiedziała.
Po jednej stronie tego spektrum mamy wizyty nudne i monotonne. Niektórzy ludzie miewają własne wyobrażenie o czym chcą i mogą rozmawiać, które to wyobrażenie niekoniecznie pokrywa się z moim. I tak, na ten przykład miewam rodzców, którzy cała godzinna sesję stracą na skarżeniu się na własne potomstwo. Pierwszą, lub pierwsze dwie sesje mogę wytrzymać, wychodząc z założenia, że „czasami człowiek musi”, ale z czasem moja cierpliwość się wyczerpuje i mniej lub bardziej desperacko staram się skierować dyskusję w nieco inne rejony. Nie zawsze się udaje. Bywają jednostki ogromnie oporne w swoim egocentryźmie, co wprawia mnie w przerażenie („jak można być TAK ślepym?!!!”) i swego rodzaju podziw („ale to musi być fajnie nie mieć cienia wątpliwości co do samego siebie”). Do opisywania kolejnych sesji mogłabym użyć „kopiuj i wklej” bo za każdym razem mamy identyczne „żucie szmat”. Nie cierpię opisywać po raz kolejny identycznej sytuacji. Nie lubiej jak kolejne sesje zlewają mi się w jeden szary ciąg, z którego nic nie wynika i który do niczego nie prowadzi.
W centrum mojego spektrum mamy sesje, na których coś się dzieje. Czasami dzieje się tak dużo, że nie można tego ogarnąć. Informacje walą Niagarą, a ja rozpaczliwie staram się zapamiętywać szczegóły czy kolejność, żeby odtworzyć to potem na papierze. A gdy jeszcze mamy do czynienia z sesją rodzinną, gdzie uczestniczy kilka osób a każdy ma swój punkt widzenia i stara się przekrzyczeć innych, można naprawdę dostać zawrotu głowy. Mimo to, tego typu sesje lubię najbardziej. Jeśli tylko zdążę je przelać na papier zanim umkną mi szczególiki i niuanse, pisanie mi idzie płynnie i mam się czym pochwalić.
Na drugi końcu mamy sesje... nietypowe. Takie w któśrych się dużo dzieje, ale nie sposób tego przetworzyć w suchym raporcie. Moje notatki mają być rzeczowe, skupiające się na faktach a nie na domysłach, czy odczuciach. Unikać emocjonalnego zaangażowania i relacjonować tylko to co zostało zrobione, czy powiedziane. Czasami jest to niełatwe.

Od kilku tygodni mam sesje z nastolatkiem. Znam go co prawda od roku, jednak dopiero teraz stwierdziłam, że praca z jego rodziną to ślepy zaułek i skupiłam się na nim samym. Problem w tym, że dzieciak jest potwronie ostrożny i skryty. Nauczony, że obcym nie mówi się co się dzieje w domu, a że z jakiegoś powodu nie nauczył się barwnej konfabulacji, to po prostu nie mówi nic. Nawet nie ćwierć, a „jedna ósma słówkami”. Moim zadaniem jest go oswoić. Nie, żeby korzystając z zaufania, wyciągnąć jakieś straszliwe tajemnice. Mam niezłe pojęcie co się dzieje w jego rodzinie i nie potrzeba mi więcej informacji. Nie jestem detektywem ani przesłuchującym. Ale w niczym dzieciakow nie pomogę, jeśli nie nabierze do mnie choćby minimum zaufania.
Powiedziałam mu to wprost.
A potem zagraliśmy w szachy.
Pierwszą partię przegrałam, przez własny idiotyczny błąd, ale już w dwóch następnych dałam mu w kość. Zwłaszcza w ostatniej gdy wyobstawiał się tak, że niemal do końca nie mogłam wymyśleć żadnego sensownego ataku i chyba oboje liczyliśmy na pata. Mam nadzieję, że wjechałam mu na ambicję na tyle, że na kolejne sesje będzie przychodził bez kręcenia i głupich uników.

Tylko co ja teraz mam napisać w raporcie?!!!!!

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Mini przegląd, czyli co mam zamiar zapamiętać z Wielkanocy Anno Domini 2010

Czego jak czego ale słodkiego nam w tym roku nie brakowało.
Dostałyśmy z Babcią jakiegoś amoku na tle ciast i bez mała cukernie mogłybyśmy otworzyć. Babcia bowiem stwierdziła, że jedna drożdżowa baba to za mało i nakazała kupić co najmniej z 10 deko drożdży. Ciasto rosło jak dzikie. Misek tudzież foremek w domu zaczęło brakować a piekarnik pracował pełną parą bez przerwy. Dziecko było przeszczęśliwe, że może się babrać w cieście. Ja odstresowywałam się w zajęciu fizycznym i cudnych woniach, a Babcia miała satysfakcję.
W sumie wyszło nam po dwie buły z makiem, po dwie z bakaliami, jedna spora baba i jedna malutka od Ptysińskiego. W ferworze wyprodukowałyśmy jeszcze kolejno: szarlotkę, sernik na kruchm spodzie i na takimż spodzie makowiec, bo mak też się tajemniczo rozmnożył.
Lekką ręką rozdajemy słodkości każdemu kto się napatoczy. Jutro przyniosę do pracy, bo dziś w pośpiechu zapomniałam.

Słodkiemu Ptysiowi Zajączek przyniósł karty do gry w Uno. Zasady identyczne niemal jak makao, tylko karty dla łatwości malowane na czerwono, zielono, niebiesko i żółto. Przypomniało mi się jak w wieku szczenięcym grałam w makao na równi z dorosłymi, gdy mnie rodzice zabierali na wieczorki karciane. Swoją drogą, byłam zadziwająco niekłopotliwym dzieckiem, albo grałam w karty, albo rzucałam się na cudze księgozbiory. Ani mnie nie było widać ani słychać i co najwyżej, jak się spotkanie towarzyskie przeciągnęło, znajdywano mnie śpiącą w jakimś fotelu. Skarb, nie dziecko!
Pominąwszy jednka moje zalety, z których już zresztą dawno wyrosłam... Ptysiek poczuł w sobie powołanie i w mgnieniu oka nauczył się grać. Regułki zapamiętał, karty rozłożył w niezdarny, ale jednak wachlarzyk i wpatrywał się w nie ze skupionym zezem. Radził sobie nieźle, choć miał tendencję do odsłaniania swoich kart, lub głośnego oznajmiania co właśnie dostał. Ale nie wymagajmy za dużo pierwszego dnia.

Oblewanie również odbyło się zgodnie z tradycją. Ochlapałam uczciwie Babcię i Ptysiastego wodą z miseczki. Popiszczeli trochę lecz Babcia od razu zaczęła namawiać Ptyśka, żeby nie poskąpił tradycji Dziadkowi. Woda w miseczce odpadała. Ptysiek nie taki subtelny i z punktu śpiącemu Dziadkowi wyleje całą michę. Znalazłam butelkę ze spryskiwaczem, napełniłam...
- Pokaż ją na chwilę – poprosiła Babcia.
Oddałam jak głupia i pożałowałam ułamek sekundy później gdy przekonałam się naocznie, że Babcia ma siłę w palcach a spryskiwacz świetnie działa. Oczawiście jeszcze potem Ptyśkowi dała, coby dziecko miało uciechę ze zchlapania własnej Matki. Dziadek też porcję dostał, a wyrok na Lwistym został tymczasowo zawieszony do wieczora, kiedy Grzywiasty w progi przybędzie.

Ot takie zwyczajne, przyziemne wspomnienia.
Bo jestem zwyczajny i przyziemny ludź...
and proud of it.