czwartek, 28 stycznia 2010

Przed-imprezowo

Białe, ciche a upierdliwe wali garściami z nieba. Jak zasypie Ruinkę, może będę w stanie spojrzeć na nią bez wstrętu w oczętach, choćby przez chwilę.

Czuję na sobie presję psychiczną od-netową. Dosica się dżamprezy dopomina i nawet kusi przyniesioną na tę okazję butelką. Dosiowata zna mnie jak zły szeląg i wie, że ze mną jak z dzieckiem – za rączkę i do baru. Zwłaszcza do baru.

Pomysł grupowego ochlajstwa za przyjaźń polsko-hamerykańską nawet mi się spodobał, bo znaczy, że mam pić podwójnie (ha, takich przywilejów się nie spodziewałam, gdym się o podwójne obywatelstwo dopominała!!!) Ale wszelki egoizm jest mi z gruntu obcy, a Wirka pomysł poddała na sabacik wiosnę przywołujący. Jako, że wiekszość z nas jest zamotana w szaliki, czapki i majtki z golfem, i wiekszość zgrzyta zębami na widok opadającego słupka rtęci i białego-upierdliwego, myślę, że pomysł przejdzie wiekszością głosów.

Przygotowania czynię – lapek dostanie nowy dostęp do neta i nowe położenie, promile uszykuję, jajecznicę przypalę (jakoś nie mam zaufania, że Farbowana potrafi ją stosownie zbrązowić, choć niby barwy to jej domena). Ziółka powyciągam, szklaną kulę odkurzę. Za marzannę będzie służyć jednostka najbardziej pijana. Musi się udać!!!

Zadbałam też o stosowny strój zakupując dżinksy. Humor miałam wisielczy. Nie zaopatrzyłam się w miarkę (Dziecko moje ją uwielbia i wyciąga z torby przy każdej okazji), więc siłą rzeczy dzinksy kupowałam na zasadzie przymierzania. Wydłubałam kilka par w starym rozmiarze o różnistym kroju. Za duże. Za duże! Za duże!!! Wszystko hurtem z czterech liter spada. Niech nikt nie myśli, że to takie miłe uczucie! Mam z tego braki w garderobie i niedobór warstwy tłuszczowej izolującej mnie przez zimnem.
Mniejszch rozmiarów w sklepie nie było wiele. Obiegam jakoś znacząco od hamerykańskich norm, cy cuś???? Kompleksów się idzie nabawić!
Po długich i uciążliwych poszukiwaniach wresczcie bingo! Ostatnie przymierzane dżinksy przylgnęły do mnie znacząco, objęły energicznie zamiast zwisać smętnie, puściły oczko i wymruczały sekskownie „zabierz nas do domu, jesteśmy twoje”.
Jak mogłabym się oprzeć takiemu zaproszeniu?

Dżampreza najszybciej w przyszłym tygodniu. O terminie powiadomię pocztą gołębią.

wtorek, 26 stycznia 2010

Trąba

Nie wiem co to wczoraj do Niujorku przybyło – sztorm, tornado jakieś, trąba powietrzna??? Dziecko do szkoły przybyło mokre, ja do pracy, mokra do bielizny, Babcia podobnież. Ale to wszystko pestka. Najgorsze, że francowaty wiatr zdarł mi ofasowanie w Rodzicielskiej Ruinie. Wygląda tragicznie. Nie wiem czy spadające blachy komuś czegoś nie uszkodziły, bo słuchy chodzą, że ktoś Ruince zdjęcia robił, a napewno nie ze względu na jej urodę. Jakby mi mało było ciągania się po sądach!

Bydlę trzeba naprawić. Naprawa jest długa i kosztowna. Kasy ni mo. Wizja nowego pieca odsunęła się na plan dalszy i niewykonalny w najbliższej przyszłości. Wizja przybycia w rodzinne strony... nawet nie chcę myśleć.

Ale to inny aspekt sprawy mnie bardziej martwi. Sama sobie z tą cholerną ruiną nie poradzę. Jestem uzależniona od pomocy i ludzi tam mieszkających, i, co gorsze, Grzywiastego. Bez jego znajomości, bez jego kumpli z pracy, bez fachowej wiedzy, bez konkretego remontu, który tam robi, bez choćby samochodu nie dałabym rady. Tak po prostu. Na sprzedaż Ruiny nas nie stać. Też po prostu. Toteż brnę w dług moralny, który robi się coraz większy i z którego nie mam pomysłu jak się wymiksować, czy spłacić.
Kurrrna, nienawidzę długów moralnych!!!
Nienawidzę uzależnienia się od czyjejś dobrej woli!!!
Nienawidzę pakowania się w sytuacje bez wyjścia!!!

Idę taplać się w pracy. Kilkanaście godziny nie-myślenia.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Po-imprezowo

Impreza wielookazyjna okazała się sukcesem!!!
Żarcia całkiem smacznego własnoręcznie wykonanaego po uszy. Picia (kupnego, choć nie tylko) też spore ilości. Goście, choć nie wszyscy się znali, dogadali się w mig. Długi przybył z siedmioletnią córą, która ograła mnie w „Candy Land” czetry razy na pięć partii. Do tego czasu Ptyśkowi przeszedł wstydliwiec, którego dostał na widok panny i pozostawiłam ich samym sobie. Długi tylko od czasu do czasu zerkał co tym wyprawiają (tablica okazała się hitem) a potem zwracał się do mojego dziecka per „zięciu”. Uprzedziłam Długiego uczciwie, że spora kolejka narzeczonych już się utworzyła i Vanesska będzie miała niezłą konkurencję.

„Nerwa” dostałam dopiero potem, gdy po ostatnim gościu drzwi się zamknęły. Grzywiasty wkurzył mnie totalnie nieodpowiedzialnym zachowaniem. Nie wydarłam się z względu na obecność Babci i Małoletniego. Trochę żałuję. Niewiele by to zmieniło, ale przynajmniej bym sobie ulżyła.

Dla ciekawskich – nie piłam wiele. Jakieś 3 drinki przez cały wieczór. Gospodynią w końcu jestem i pewna odpowiedzialność musi zostać wykazana w takich chwilach. Odbiję sobie w przyszły weekend na urodzinach kumpla. Ha, będę pić i balować do samego rana!!!

Chyba, że mnie jakiś wirus spowolni, choć niewiele jest takich, które mogłyby tego dokonać.

środa, 20 stycznia 2010

Dzień Babci

Uświadomiłam sobie dziwną rzecz – w tym roku po raz pierwszy nie miałabym do kogo wysłać kartki na Dzień Babci. Nie żebym takowe wysyłała kiedykolwiek. Jedyne co robiłam, to kupowałam kartki w imieniu mojego Dziecka i namawiałam go do odbijania śladu łapki, czy podpisania się w późniejszych latach.
Ale fakt jest faktem, ja nie mam.
Babcia ze strony mamy zmarła niedługo przed naszym wyjazdem do Stanów. Nie znałam jej zbyt dobrze, co uważam za moją osobistą stratę. Kontaktów było mało, ot może raz na kilka lat. Cieżko w takiej sytuacji nawiązać jakiś głębszy kontakt. Byłam jej najmłodszą wnuczką, ale daleko, zbyt daleko. Ojciec niechętnie odnosił się do naszych ewentualnych wyjazdów w odwiedziny. Może bał się, że mama zechce ją wziąść do nas? Jakby nie było, mieliśmy o wiele lepsze warunki mieszkaniowe. A starsza, schorowana osoba to przeciesz taki kłopot, prawda?
Ciekawe czy myślała o mnie, czy chciała mnie poznać?
Nie dowiem się.

Druga z babć odeszła niedawno. Niemal prosto z lotniska pojechałam na pogrzeb.
Dziwna sprawa. Była blisko, była odwiedzana... ale to też nie pomogło w nawiązaniu jakiegoś kontaktu. Tu nie będę pytać. Miała okazję mnie poznać, ale nie robiła tego. Zbyt była zaabsorbowana swoim światem, swoimi konfliktami, swoją zazdrością wywołaną strachem. Dożyła swoich dni w warunkach których każdy mógłby pozazdrościć, otoczona opieką i szacunkiem. Pewnie nawet swego rodzaju miłością. A jednak pozostawiła przyszłym pokoleniom agresje dla najbliższych w spadku. Oby tylko nie przeszło dalej.

Od tego roku nie należę już do trzeciego pokolenia, a do drugiego. Jedyne co mogę zrobić to postarać się, żeby Ptysiek miał do kogo i chciał rysować laurki na Dzień Babci i Dziadka.
I nie mam złudzeń, że jest to łatwe zadanie.

wtorek, 19 stycznia 2010

taki mały wtręt nawet na tytuł nie zasługuje


Kcom to majom. Tak wygląda ona sofka, co to jom własnymi rencami skrencałam.

piątek, 15 stycznia 2010

Wszystko hurtem

Co by jasne było, Dziecięcia się nie czepiam. Nie piszę z pretesjami. Nie będę go zmieniać na siłę. Jedynie może z lekka modyfikować, bo mam w rodzinie przykład "ludzia", dla którego nie istnieje żaden autorytet poza własnym i żaden inny punkt widzenia nie jest brany pod uwagę. "Ludź" źle kończy, a ja nie będę ryzykować.

W poniedziałek przybędzie Pan Specjalista przedstawić mi kosztorys nowego pieca. Tym sposobem zaczynam wypełniać jedno z noworocznych postanowień. Ciekawe czy cena zbije mnie z nóg w pierwszej sekundzie, czy dopiero po chwili?

W łazience u Dziadka pogrom nastąpił. Czy nie pisałam może kiedyś, że jak coś źle idzie, to na dodatek często zalanie łazienki następuje. Jakby samo w sobie nie było katastrofą. Cała sprawa ciągnie się już o miesiąca i jest strasznie pomieszana. Nie wspominając, że wkurza mnie do zgrzytu zębów.

Co do drugiego postanowienia noworocznego... Nastąpiła mała odwilż, ale znów mróz ścisnął i idę przeprosić się z tabletkami. Zapomniałam dzisiaj portmonetki w domu, ale moje placebo idzie za mną wszędzie, he he he.

Głupie jakieś grypsko chciało mnie dopaść. Przegnałam na cztery wiatry. Wypociłam montując wersalkę z IKEi. Grypa poszła w cholerę, jest na czym litery posadzić i goście mieli co podziwiać. Część dalsza imprezowania nastąpi w przszłym tygodniu. Będę podejmować gości w swoich czterech kątach po raz pierwszy od wielu lat. Od około dziewięciu, zdaje się.

Spać mi się chce niepomiernie. Moją senność chyba Motylkowatej poślę w prezencie. Dzielić się trzeba, prawda?

piątek, 8 stycznia 2010

Zółwiowo

Zajęta sobą na maksa, odpuściłam ostatnio opisywanie Zółwich przygód. Oj tam, matka też człowiek i może jej poczucie humoru pójść na długą zimową drzemkę.
Wydłubuję oto niniejszym co fajniejsze kawałki z ostatnich dni.

Mikołaj w postaci Grzywiastego Króla Zwierząt podarował Małemu dinozaura, wbrew radom i sugestion zdroworozsądkowej Mamusi. Nie żeby Mamusia nie chciała dziecku zrobić frajdy, czy miała coś przeciwko prehistorycznym gadom w domu. Po prostu z zasady nie lubię drogich prezentów a Lwiasty takie właśnie ma nawyki. Zabawka musi być duża i droga! Dobra tam, uległam, nie kłócąc się nadmiernie.
Dinozaur - git na kółkach! Rusza się, warczy, gryzie, nos marszczy, tupta, rozpoznaje swoje imię i w ogóle cuda-wianki wyprawia. Po wydarciu stwora z pudełka i załadowaniu go bateriami, Bąbel przez długi czas obawiał się do niego podejść. Były piski, uciekanie do Dziadka, i podpuszczanie Mamusi (jak Mamusię użre, to dziecka nie boli, prawda?)
Dinuś został nazwany Dolores. TEN Dolores, żeby nie było wątpliwości. Dolores płci męskiej.
Bąbel był zachwycony.
Przez jakieś trzy dni, a potem Dolores na stałe usiadł w pudełku.
Właśnie dlatego nie lubię drogich prezentów dla dziecka.

Tuż przed przerwą świąteczną czekała mnie wywiadówka w Zółwiej szkole.
Teksty typu "zdolny, ale mu się nie chce" jakoś wcale mnie nie zaskoczyły. Podobnie jak to, że czasami nie chce się słuchać, śpi na lekcjach, albo "wydaje odgłosy" (he he he). Najgorsze, że miał sporo zaległości w pisaniu i może powinien to nadrobić w trakcie przerwy świątecznej.

O mamo-mamuniu! Ostatnimi czasy zaganianie Ptyśka do pisania przypominało zaganianie stada owieczek przez jednego, zmęczonego i niezbyt wprawnego owczarka.
Ja, oczywiście, byłam tym jedynym owczarkiem.
Dziadek umywa ręcę od siedzenia z dzieckiem przy lekcjach. "No to co mam zrobić jak on nie chce" - to jego standartowy tekst.
Babcia, mimo starań, zaraz zajmie się czymś innym, a takie momenty nieuwagi Bąbel wykorzystuje skrzętnie.

Pierwsze dni wdrażania Ptyśka do rutyny pisania można by skopiować do Super-Niani, czy innego takiego. Wrzaski, bicie, kopanie, obrażanie się, darcie zeszytu. Jakim cudem go nie udusiłam, sama nie wiem. Stopniowo robił się coraz lepiej... aż przyszedł sylwester i wyjazd w góry!!!

Wyjeżdzaliśmy w samego sylwestra, a przed wyjazdem Ptysiek zrobił zadania ślicznie(kwicząc z radości na spodziewane atrakcje).
Pierwszego dnia nowego roku na szczęście udało mi się uniknąć znanych objawów, prócz lekkiego wysuszenia (co niewątpliwie było zasługą świetnej jakości alkoholu, a nie jakiejś tam mojej "wstrzemięźliwości promilowej"), ale to nie znaczy bynajmniej, że czułam się kwitnąco i pogodnie. Pozwoliłam się dziecku wybawić do woli a potem zagoniłam do kieratu.

Cięęęęężko szło. Każda literka pisana była w ślimaczym tempie. Dziecko zastygało w połowie ruchu, bazgrało, by potem pół godziny wycierać. Gubiło wszystko co się dało, może oprócz stołu i rąk, a mnie aż szczęka rozbolała od zaciskania. Po mniej więcej trzech godzinach mordęgi do domku powróciła reszta towarzystwa wyjazdowego i to już była porażka na całego!!!

Zaczęli mi rozbawiać Małego, odwracać jego uwagę, podpuszczać go i podkopywać mój autorytet. A jak Długi rzekł Bąblowi coś w stylu: "Co się przejmujesz? Wcale nie musisz robić lekcji. Ja tam pogadam z Mamą i nie będziesz robił", to mi świeczki w oczach stanęły.
Długi ma szczęście, że kocham go jak brata, i że na stołek muszę wchodzić, żeby go w ucho strzelić, a akurat żadnego stołka na podorędziu nie było. Cudem go jednak nie spopieliłam wzrokiem.
Lew próbował też wtrącić swoje trzy grosze i robić za negocjatora, ale jakoś szybko zrezygnował. Potem tylko sugerował, że mamy z Zółwiastym podobnie wredne charaktery.
Phi, łagodny baranek się znalazł!!!
W każdym razie wszyscy faceci, włącznie z tym najmłodszym zaczęli obchodzić ziejącą ogniem Zarazę szerokim łukiem tudzież unikać wszystkiego co mogło by spowodować wybuch agresji.

Następnego dnia lekcje poszły szybciej, a potem już poleciało z górki.

Bąbel miewa też lepsze dni, kiedy jest do ran przyłóż. W zeszłym tygoniu, w nagrodę za dobre sprawowanie dostał w szkole mikrofon do ręki, żeby odśpiewać "God Bless America". Nie wiem czy mikrofon był w sumie konieczny. Bąbel płuca ma jak miechy i uwielbia się drzeć.

Dwa dni temu, w autobusie, zaskoczył mnie niebotycznie. Zażyczył sobie pomocy ni mniej ni więcej tylko przy pisaniu listu.
Miłosnego.
Do swojej nauczycielki.

A mówiłam, że pisanie mu będzie potrzebne!!!

czwartek, 7 stycznia 2010

Wczoraj, dziś...

Roztrzęsło mnie wczoraj.
Jeden moment i wnętrzności zmieniły się w lodowatą galaretę. Nastąpił jakiś idiotyczny paraliż myśli, oprócz małego fragmentu mózgownicy, który stwierdził bardzo trafnie: „ale jestem do kitu!!!!!”.
Trzepnęłam sobie podwójną dawkę tabletek, zapaliłam, próbowałam się skupić. Dupa tam, wewnętrzna galareta trzęsła się nadal. Umysł biegał w kółeczko jak myszka zamknięta w za małej klatce, czas płynął nieubłaganie.
W końcu podjęłam decyzję, odwołałam wszystkie wizyty i wyszłam z pracy. Pojechałam... nie do domu, bo tam nie miałabym spokoju. Pojechałam w jedyne miejsce gdzie wiedziałam że nie ma ludzi, gdzie mogę się zwinąć w kulkę na przynajmniej kilka godzin (jedno miejce w całym ogromnym Niujorku, fajna statystyka). Świat i jego problemy musiały poczekać.
Pomogło trochę. Po kilku godzinach co prawda nadal się trzęsłam, ale umysł miałam już jasny i spokojny. Byłam gotowa do obiektywnej oceny, lub do pogryzienia, jeśli będzie trzeba.
Świat zrobił mi uprzejmość i przez ten czas zajął się sam sobą.
Dzisiaj, rzecz jasna skończyły się wakacje, ale dzisiaj już sobie poradzę.
Ot takie moje małe zwycięstwo. Za sporą cenę, bo nie mogę przeciesz uciekać za każdym razem gdy mnie coś walnie w łepetynę. Jednak czuję coś w rodzaju satysfakcji.

Pierwsza klientka rozłożyła mi się na grabki i łopatki na sesji. Ma w domu niezły sajgon i to już od kilku miesięcy. Widzę jak nie daje rady. Widzę jak się miota na prawo i lewo. Widzę, że jest na skraju wytrzymałości. Zresztą sama mi powiedziała, że nie gwarantuje za siebie. Że nie zrobi czegoś drastycznego. Mam tylko nadzieję, że najpierw zadzwoni do mnie. Dałam jej numer swojej komórki i kazałam dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Wolę to niż nagłówki w gazetach.

Najgorsze jest to, że mam wrażenie jakbym widziała w niej samą siebie. Pod tym co mówi mogłam się momentami podpisać. Rękami, nogami i wszystkim innym. I nie wiem co jej poradzić, skoro sama ledwo jestem na początku drogi. Nie cierpię patrzeć jak ktoś się tak męczy i nie móc nic zrobić.

Przeczytałam w necie, że antydepresanty są skuteczne tylko w przypadku poważnej i długotrwałej depresji. Na małą pomagają tylko odrobinę więcej niż placebo. Widzisz, Czarnula, potwierdziło się.
Idę żreć placebo. I omijać stresy dużym łukiem.
Te które się da omijać.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Od nowa

Na domowy Brooklyn przywlokłam się wczoraj po czterech dniach picia i marznięcia w górzystych. Przywlokłam się z nikłą ulgą, bo choć kocham wszelkie wyjazdy, im dalej od Niujorku, tym lepiej, choć papu i picia było w bród a nawet po uszy, choć towarzystwo obce okazało się sympatyczne... nawet nie wiem co mi przeszkadzało cieszyć się tym wypadem tak jak powinnam. Trudno, jest jak jest i nastrojów swoich nie zmienię.

Pierwszy dzień w pracy w nowym roku. Cicho i spokojnie, bo reszta współpracowników chyba się nadal wygrzewa w domowych pieleszach. Chłonę kawę na zmianę z tą ciszą. Planuję dzień, tydzień, rok. Dziś przygotuję papiery do zakończenia co najmniej czterech spraw. Takie rozpoczęcie od zakończenia. Pójdę kupić sobie dżinksy, bo nie mam już żadnej sensownie wiszącej na mnie pary (ani sztuki, spodnie na sztuki się powinno liczyć). Wieczorem kilka wizyt. Może kogoś opietruszę za bezczelne lekceważenie? Fajnie by było. Kilka innych spraw jeszcze czeka po drodze. Na razie najbardziej interesuje mnie cisza i gorący napój w środku.

Tabletki od stresa nadal żrę sumiennie, licząc na to, że jeśli nie pomogą, to może nie zaszkodzą przynajmniej.

Postanowienia na ten rok wylazły same – kupić nowy piec, nie dać się wykończyć. Tylko tyle. A może aż.

Wiara, zaufanie do siebie, siła, optymizm, szczęście to zasoby odnawialne. Nawet jeżeli w ich odnawianiu trzeba się trochę wspomóc.