środa, 27 października 2010

Część pierwsza

Po tak długiej przerwie należy się wam potężny wyjaśniający post, ale nie jestem pewna czy czas mi na to pozwoli. Oto część pierwsza, czyli co się działo. A działo się wiele.

Redukcja w pracy była dla mnie zaskoczeniem jak cholera. Wiadomo jak jest, ale dyrekcja zapewniała nas, że nieźle przędziemy i żadnych zwolnień nie będzie. Trzeba tylko zacisnąć pasa. Zacisnęliśmy, tylko mój pas chyba był na wysokości szyi, he he he. Pewnego pięknego dnia wracam sobie z lunchu, a tu karteczka od dyrektorki, żebym się u niej stawiła. Stawiłam się i dostałam obuchem przez łeb. Miałam zostawić wszystko jak stoję i zbierać swoje manatki. Nie pozwolono mi zadzwonić do klientów, dokończyć notatek, tylko spadać. Taki regulamin.
Zniosłam to jakoś spokojnie. Pozbierałam swoje śmieci, wyłączyłam kompa i poszłam. Dźwigając swoje siaty, myślałam, że wyniosłam z tej pracy coś o wiele ważniejszego, o czym nie wiedziałam, dopóki nie zostałam postawiona w sytuacji bez wyjścia - doświadczenie i potężną wolę przetrwania.

Kilka dni potem przyjechał mój Brat z Młodocianym (jeszcze) Bratankiem. Nie miałam czasu na roztkliwianie się nad sobą. Latania po urzędach, żeby im legalność załatwić do końca było sporo, a poza tym chcieli zobaczyć co fajniejsze atrakcje Niujorku (włącznie z Niujorkiem by night, ale gdzie ja, taka spokojna, udomowiona Falka, mogłam ich zaprowadzić?)
Młodocianego należało zainstalować w szkole. Niby bez sensu, bo przyjechał na 3 tygodnie, ale tłumaczyłam mu, że już będzie w systemie komputerowym, i w przyszłości, gdyby zdecydował się studiować w Stanach, będzie o wiele łatwiej. Dostał skierowanie do jednej z najlepszych szkół na Brooklynie. Nawet mu się to spodobało, ale nie dostał się z braku miejsc. I wtedy go olśniła prosta myśl - im później wchodzisz w system edukacyjny, tym gorzej dla ciebie. Mimo, że wylądował w podrzędnej szkółce, postanowił zostać w Niujorku na stałe.

A potem wyskoczył dach w Ruince i wtedy dopiero była jazda na całego...

O problemach z dachem wiedziałam już od dawna, ale póki co bydlę jakoś się trzymało. Przyszła malutka mżaweczka i przestało się trzymać. W dzikim pośpiechu, bo prognozy deszczowe zapowiadali, wszystkie chłopy zasuwały przy wymianie dachu. Ja donosiłam im żarełko, napoje chłodzące, narzędzia i liczyłam kurczącą się kasę.
Sukces został osiągnięty, dach nie przecieka, ale następne problemy czekają w kolejce...
Lecz o tym w części drugiej.
(Miejmy nadzieję, że już niedługo)

niedziela, 10 października 2010

Wsadzam czubek nosa. Tylko po to żeby poinformować, że żyję, tajfun rodzinny przetrwałam (chyba), dach niemal ukończony, Dziecko ma się dobrze, Młodzian podobnież...

A co tam będę truła. Potrzebuję czasu. Potrzebuję odpoczynku. Tak na moment, ale od wszystkiego. Jestem wyprana i wykręcona z wszelkiej energii i nawet w tych nielicznych momentach, gdy Młodzian dopuszcza do netu, nie mam pomysłu na posty.

Muszę się pozbierać do kupki.
Na razie Falującej się nie chce falować.

Minie.

Poczekacie, prawda?