Upał walnął jednodniowo i wczoraj znów przeprosiłam się z odzieniem wierzchnim i dżinksami. To by było tyle na dzień obecny w kwestii noszenia kiecek.
Edukowałam się wczoraj dzień cały. Przerabialiśmy gniew i agresję i jak owe uczucia opanować i spożytkować żeby nam życia nie zatruwały. Przepadam za kursami dokształcającymi. Przez pierwsze pięć minut po, czuję się taka mądra! Potem mi przechodzi.
Od tygodnia mam schrzaniony telefon w pracy. Nikt się nie może do nas dodzwonić a my musimy używać komórek prywatnych. Szefostwo jest bardzo wyrozumiałe i nikogo nie goni do dzwonienia z własnych telefonów. Sami decydujemy. Plusy posiadania sensownych pracowników i sensownych szefów.
Długi weekend zacznie mi się za niecałe 4 godziny. W planie remont. Dosia skomentowała, że mam od tego Majstra Tatusia. Chyba chciała mnie tym wnerwić, ale po wspomnianym dokształcaniu jestem spokojna, spokojna jak ten ocean, baaaardzo spokojna (niech ja ją tylko dorwę...). Plan weekendowy obejmował wypad z Ptyśkiem na „Shreka”. Dzieck starało się usilnie przez cały tydzień NIE zasłużyć na kino. Muszę przemyśleć decyzję i konsekwencje. Nadal baaaardzo spokojna.
Aha, z powodu awarii telefonicznej komp pracowy się leni. Może powinnam wziąść z niego przkład i też się polenić?
Motylek przysłała mi artykul o prawach Polonii do głosowania. Temat mi bliski i wystarczyło kilka „mądrych” komentarzy, żeby mnie szlag ciężki trafił. W ostatnich wyborach Polonia hamerykańska nie głosowała tak jak większość i teraz podnoszą się głosy, że nie powinniśmy mieć do tego prawa. Ciekawy precedens. I ciekawe jaka następna grupa, która zagłosuje niezgodnie z większością będzie miała przechlapane?
Argument „za” brzmi mniej więcej tak, że skoro mieszkamy daleko, nie mamy pojęcia co sią dzieje w kraju. No przepraszam uprzejmie, ale jeśli ktoś chce się interesować, to się interesuje. Wystarczy łącze internetowe. A takich którzy mają polskie wybory głęboko w wątpiach można znaleźć i pośród ludności tubylczej. Im też zabierzemy prawo do głosowania? Drugie, trzecie i kolejne pokolenia Polonusów, którym Polska kojarzy się tylko z kiełbasą i pierogami, raczej nie ruszą tyłka by galopować do ambasady.
Drugi argument jest poważniejszy, mianowicie nie ponosimy konsekwencji. Możemy wybrać jakiegoś półdupka, kierowani głupotą, a potem spać spokojnie, wiedząc, że na nasze realia i tak to nie wpłynie. Oczywiście pod warunkiem, że nie mamy poważnych planów powrotu do Polski. Ani nawet nie bierzemy takiej możliwości pod uwagę. I nie mamy rodzin w Polsce, której dobro jakoś tam leży nam na sercu. I w ogóle wisi nam jak się w tej dalekiej Polsce wiedzie, bo już dawno temu zmieniliśmy sobie nazwisko na łatwiejsze do wymówienia przez tubylców i śmiejemy się szczerze z „Polish jokes”. A jednak chciało nam się głosować.
Najciekawsze jednak było kryterium pozostawienia, lub pozbawienia praw wyborczych – placenie podatków. Niby racja, płacę na państwo, toteż mam prawo decydować kto tam w rządzie zasiada. Tylko, że nikt dotychczas nie policzył ile pieniędzy spływa z Polonii w mniej lub bardziej regluarnych ostępach czasu. Dobrowolnie i nieoficjalnie. Kosztem własnych wyrzeczeń. Ale to się nie liczy, bo pompujemy dolary w polską gospodarkę poprzez naszych najbliższych, a nie dając jej rządowi na kolejne „szczytne cele”.
A tak pominąwszy już wszystko inne, nie mam zamiaru głosować, Mój prywatny wybór i moje osobiste prawo. Póki co, jeszcze je mam.
Nadal spokojna. Ale zapiszę się na poprawkę z kursu.
piątek, 28 maja 2010
środa, 26 maja 2010
Środa. Ale przynajmniej ciepło
Przyroda chyba sobie przypomniała, że maj już dawno nastał i nareszcie obdarzyła nas stosowną do tego faktu pogodą. Powyciągałam z szafy zapomniane kiecki i już drugi dzień odważam się pokazać dolne kończyny. Białe jak u młynarzówny, oczywiście. Doszłam do wniosku, że chyba niekorzystnie odcinam się na tle ciemniej ubarwionych ludzisków, więc dzisiejszy poranek przed-roboczy przeznaczyłam na opalanie. Dziecko do szkoły odprowadziłam, a sama zasiadłam w parku, wybrawszy osłonecznioną ławeczkę i dalej kończyny przyrumieniać. Nawet fajnie było, tylko o innych częściach ciała zapomniałam i na karku chyba upodobnię się do czerwonoskórej „Native American”. Tak to jest, jak się człowiek chce na siłę asymilować.
Sezon remontowy rozpoczęty. W sobotę odsypiałam wypad do Massachussets na walkę Pudziana, ale już w niedzielę zajęłam się pracą fizyczną. A to kawę trzeba było przynieść, a to butelkę z napojem chmielowym otworzyć, a to narzędzia rozmaite przynosić i do Lwich łap podawać, a to sprzątać po wykonanym zadaniu, a to podziwiać... eeee, na to jeszcze mamy czas. Lista robót rośnie w zastraszającym tempie. Ruinka trzyma się na zasadzie domina i jeśli jednego się dotkniemy, to z punktu, kilka innych rzeczy się wali, lub grozi zawaleniem. Na razie zaczynamy powolutku i ostrożnie, ale w czerwcu prace ruszą z łomotem i łoskotem, na kilku frontach.
Przyznaję uczciwie, że jeszcze się na dobre nie zaczęło, a już mi uszami wychodzi. Podobnie jak praca. Zasiadam przed biurkiem i zastanawiam się ile muszę dzisiaj zrobić, żeby móc z czystym sumieniem opuścić to miejsce.
Brakuje mi jakiegoś bzika. Jakiegoś zakręcenia, czy pasji, która na moment przysłoni codzienność. Włóczkowanie jest fajne, ale nie wystarcza.
Dobre nowiny: jeśli spłacę około dwóch i pół bańki z karty kredytowej do grudnia bierzącego roku, będę mogła spokojnie kupować bilety lotnicze na wypad do Polandii!!!
Sezon remontowy rozpoczęty. W sobotę odsypiałam wypad do Massachussets na walkę Pudziana, ale już w niedzielę zajęłam się pracą fizyczną. A to kawę trzeba było przynieść, a to butelkę z napojem chmielowym otworzyć, a to narzędzia rozmaite przynosić i do Lwich łap podawać, a to sprzątać po wykonanym zadaniu, a to podziwiać... eeee, na to jeszcze mamy czas. Lista robót rośnie w zastraszającym tempie. Ruinka trzyma się na zasadzie domina i jeśli jednego się dotkniemy, to z punktu, kilka innych rzeczy się wali, lub grozi zawaleniem. Na razie zaczynamy powolutku i ostrożnie, ale w czerwcu prace ruszą z łomotem i łoskotem, na kilku frontach.
Przyznaję uczciwie, że jeszcze się na dobre nie zaczęło, a już mi uszami wychodzi. Podobnie jak praca. Zasiadam przed biurkiem i zastanawiam się ile muszę dzisiaj zrobić, żeby móc z czystym sumieniem opuścić to miejsce.
Brakuje mi jakiegoś bzika. Jakiegoś zakręcenia, czy pasji, która na moment przysłoni codzienność. Włóczkowanie jest fajne, ale nie wystarcza.
Dobre nowiny: jeśli spłacę około dwóch i pół bańki z karty kredytowej do grudnia bierzącego roku, będę mogła spokojnie kupować bilety lotnicze na wypad do Polandii!!!
wtorek, 18 maja 2010
Zdolniacha
Matki to jednak straszne stworzenia. Zakuwa dziecko w pocie czoła, ze szkoły przynosi "pałę" to jęczą pod niebiosa, że tuman pod bokiem rośnie. Nie zakuwa i przynosi "good job", to nadal narzekają. I to publicznie, na blogu!
Małe wyjaśnionko. Będąc młodą Falką we wczesnym wieku pokochałam słowo pisane i dzięki temu w szkole przylgnęła do mnie etykietka "zdolnej". Ale zbyt łatwo mi ta nauka przychodziła. Nie nauczyłam się systematyczności i pracowitego wkuwania. Czego nie załapałam od razu, olewałam, jadąc w dużej mierze na dobrej opinii.
Lew miał podobnie, choć nie wiem jakim cudem z jego alergią na litery. Uczył się "na słuch" lub praktycznie, a wszelkie prace pisarskie odrabiały za niego mniej lub bardziej zaprzyjaźnione koleżanki.
Ptysiek zdolny jest. Zadziwia mnie jego bystrość i łatwość uczenia się. Jeśli teraz, gdy nauka jest jeszcze fajną zabawą, nie nabędzie nawyku systematycznej pracy i nie zobaczy jak się dzięki niej osiąga sukces, będzie miał w przyszłości problemy ze zmuszeniem się do długofalowych zadań. Tak jak jego Mamusia.
Wersji z koleżankami w ogóle nie biorę pod uwagę. NIE I KONIEC!!!
Małe wyjaśnionko. Będąc młodą Falką we wczesnym wieku pokochałam słowo pisane i dzięki temu w szkole przylgnęła do mnie etykietka "zdolnej". Ale zbyt łatwo mi ta nauka przychodziła. Nie nauczyłam się systematyczności i pracowitego wkuwania. Czego nie załapałam od razu, olewałam, jadąc w dużej mierze na dobrej opinii.
Lew miał podobnie, choć nie wiem jakim cudem z jego alergią na litery. Uczył się "na słuch" lub praktycznie, a wszelkie prace pisarskie odrabiały za niego mniej lub bardziej zaprzyjaźnione koleżanki.
Ptysiek zdolny jest. Zadziwia mnie jego bystrość i łatwość uczenia się. Jeśli teraz, gdy nauka jest jeszcze fajną zabawą, nie nabędzie nawyku systematycznej pracy i nie zobaczy jak się dzięki niej osiąga sukces, będzie miał w przyszłości problemy ze zmuszeniem się do długofalowych zadań. Tak jak jego Mamusia.
Wersji z koleżankami w ogóle nie biorę pod uwagę. NIE I KONIEC!!!
poniedziałek, 17 maja 2010
Zaplątana w robótki
Słoneczka moje kochane!
Nie ma przeproś, praca mi rzutuje na całokształt (fajne usprawiedliwienie osobistego świra), ale za poradą Elizki nie pójdę, i specjalizacji nie zmienię. Bo poważnie obawiam się, że jako seksuolog będę miała jeszcze większy problem z oddzieleniem tyry od nie-tyry. Co by też Lew powiedzial, gdybym go przez zapomnienie zapytała o numer ubezpieczenia zdrowotnego tuż przed???
Za propozycje odregaowań jestem wdzięczna dozgonnie. Warto się stresować jeśli wzamian taaaaakie atrakcje czekają!!!
Na 24 godziny nie miałam szans, ale troszkę pospałam, troszkę się poryczałam (a co, raz na ruski rok i mi się zdarza!), troszkę posłuchałam muzyczki, żeby nie myśleć. A potem zaplątałam się w włóczkę.
Się proszę nie rechotać, włóczkowanie pomaga na nerwy. Po pierwsze – fizyczna robota, a już dawno temu słyszałam, że jak myślenie nie daje żyć, to trzeba rękami ruszać. Po drugie – wymaga skupienia i koncentracji (chyba, że ktoś kocha niewdzięczną zabawę zwaną pruciem i robieniem od nowa). W dodatku wszystkie swoje szumnie zwane projekty wykonuję „na wyczucie” a nie z przepisów. Po trzecie – jak już się wpadnie w rytm prawo-lewych oczek i świadomość jest skupiona na plątaniu włóczki, podświadomość „trawi” to co ma do strawienia i układa zdarzenia w jakiś ciąg przczynowo-skutkowy. A, co może najważniejsze, własnoręcznie tworzy się coś miłego dla oka. Zaplątałam się więc we włóczkę i dobrze mi z tym.
W zeszłym tygodniu miałam „trudne dni” z Dziecięciem. Poszło, jak zwykle, o zadania domowe i słówka na cotygodniowe kartkóweczki. W ciągu tygodnia, Ptysiek poznaje 5 słówek. Musi się nauczyć je pisać, układa z nimi zdania itp, a w piątek ma kartkówkę z pisania. Przez tydzień Ptysiek albo bimbał sobie zadania, albo prezentował upór typu ośli. Mówiłam do znudzenia, że jak się nie nauczy, to nie będzie miał dobrej oceny z testu. Przyznam się szczerze, że nie miałam już ani siły ani pomysłu by z nim walczyć. Stwierdziłam, że jedna zawalona kartkówka bardziej rozjaśni mu w głowie, niż moje gadanie. W piątek przybył ze skwaszoną miną, bo „Pani strasznie szybko dyktowała i nie miałem czasu, żeby się zastanowić nad słówkami”. Wzięłam głęboki oddech by zaprodukować kazanko, a tu Ptysiasty wyciąga mi test z stówą jak byk i wykrzyknikiem „good job!”
No i łyso mi teraz.
Nie ma przeproś, praca mi rzutuje na całokształt (fajne usprawiedliwienie osobistego świra), ale za poradą Elizki nie pójdę, i specjalizacji nie zmienię. Bo poważnie obawiam się, że jako seksuolog będę miała jeszcze większy problem z oddzieleniem tyry od nie-tyry. Co by też Lew powiedzial, gdybym go przez zapomnienie zapytała o numer ubezpieczenia zdrowotnego tuż przed???
Za propozycje odregaowań jestem wdzięczna dozgonnie. Warto się stresować jeśli wzamian taaaaakie atrakcje czekają!!!
Na 24 godziny nie miałam szans, ale troszkę pospałam, troszkę się poryczałam (a co, raz na ruski rok i mi się zdarza!), troszkę posłuchałam muzyczki, żeby nie myśleć. A potem zaplątałam się w włóczkę.
Się proszę nie rechotać, włóczkowanie pomaga na nerwy. Po pierwsze – fizyczna robota, a już dawno temu słyszałam, że jak myślenie nie daje żyć, to trzeba rękami ruszać. Po drugie – wymaga skupienia i koncentracji (chyba, że ktoś kocha niewdzięczną zabawę zwaną pruciem i robieniem od nowa). W dodatku wszystkie swoje szumnie zwane projekty wykonuję „na wyczucie” a nie z przepisów. Po trzecie – jak już się wpadnie w rytm prawo-lewych oczek i świadomość jest skupiona na plątaniu włóczki, podświadomość „trawi” to co ma do strawienia i układa zdarzenia w jakiś ciąg przczynowo-skutkowy. A, co może najważniejsze, własnoręcznie tworzy się coś miłego dla oka. Zaplątałam się więc we włóczkę i dobrze mi z tym.
W zeszłym tygodniu miałam „trudne dni” z Dziecięciem. Poszło, jak zwykle, o zadania domowe i słówka na cotygodniowe kartkóweczki. W ciągu tygodnia, Ptysiek poznaje 5 słówek. Musi się nauczyć je pisać, układa z nimi zdania itp, a w piątek ma kartkówkę z pisania. Przez tydzień Ptysiek albo bimbał sobie zadania, albo prezentował upór typu ośli. Mówiłam do znudzenia, że jak się nie nauczy, to nie będzie miał dobrej oceny z testu. Przyznam się szczerze, że nie miałam już ani siły ani pomysłu by z nim walczyć. Stwierdziłam, że jedna zawalona kartkówka bardziej rozjaśni mu w głowie, niż moje gadanie. W piątek przybył ze skwaszoną miną, bo „Pani strasznie szybko dyktowała i nie miałem czasu, żeby się zastanowić nad słówkami”. Wzięłam głęboki oddech by zaprodukować kazanko, a tu Ptysiasty wyciąga mi test z stówą jak byk i wykrzyknikiem „good job!”
No i łyso mi teraz.
piątek, 14 maja 2010
Removal
Jasna dupa a nie dystans!!!!!
Choćby nawet człowiek chciał, to się nie da.
Porozmawiałam wczoraj na poważnie z szefową. Ostrzegała mnie, że się wypalam, i powinnam trochę przystopować. Bystra jest i za to ją cenię.
A potem pokopało się w pracy i plan zdystansowania się do pewnej sprawy poszedł się pimpać w krzaczki.
"Removal" to dla mnie paskudne słowo. Oznacza po prostu zabranie dzieci z domu i oddanie ich pod opiekę państwa.
Nie zaprzeczę, że w wielu wypadkach jest to konieczne, niezbędne i nieuniknione. Mi kojarzy się z operacją w warunach polowych i bez znieczulenia. To co widziałam wczoraj było jednym z najpaskudnich przykładów takiej operacji.
Gdy widzisz dziecko pobite do krwi przez rodzica, zabierasz je z tamtego domu z poczuciem dobrze spełnionego obowiązki i ulgą, że udało się na czas, zanim zdaży się jeszcze jedna tragedia. A jeśli zabierasz dzieciaka na podstawie czegoś tak ulotnego i nieprecyzyjnego jak "niedostateczna kontrola nad zachowaniem dziecka", to zastanawiasz się po kiego czorta wybrałaś sobie ten zawód.
Nigdy nie chciałam brać udziału w odbieraniu dzieci rodzicom. Wiedziałam, że nie mam do tego odpowiednio twardej psychiki. Moim zawodem było zawsze łączenie rodzin, lub przeciwdziałanie odbieraniu. Tym razem zostałam dość brzydko wplątana w cały proces (okazuje się że znajomość polskiego ma swoje minusy).
Matka dostała załamania nerwowego, ojciec siedzi gdzieś w Iraku, a nawet jakby był tutaj, to też nie wiadomo, czy w czymkolwiek by pomógł. W domu została siedemdziesiecioletnia babcia i dwie dziewięcioletnie dziewczynki. Z wyglądu dwa aniołki. W rzeczywistości, całkiem niezłe terrorystki, z którymi nikt nie potrafił dać sobie rady. Kopanie, bicie, plucie na dorosłych i ucieczki na ulicę, to dla nich standartowa metody wymuszania. Babcia jednak wolała to wszystko znosić, niż je oddać. Wykorzystała moment nieuwagi i zamknęła się z nimi w domu. Jak w starym kawale ilu policjantu potrzeba aby zmienić żarówkę, wiecie ilu było potrzeba, żeby dać sobie radę z dwiema dziewczynkami i starą schorowaną kobietą? Nie zdołałam policzyć dokładnie, ale około dwudziestu. Jeden dobijał się do drzwi, kilku kombinowało jak dostać się od tyłu, a reszta stała na chodniku i mieli ubaw po pachy. Przyjechał sporych rozmiarów opancerzony wóz "emergency unit" i kilka standartowych autek. Ptrzyłam na to wszystko i ręce mi opadały do kolan, a poten na chodnik. Jak widać wystarczy być odpowiednio zdesperowanym by stawić czoła całemu posterunkowi.
"Zabawa" trwała ze dwie godziny aż w końcu ktoś tam zdołał się włamać. Nie wiem jak wyglądały negocjacje z babcią, ale bezradne miny policjantów wychodzących z domu powiedziały mi całkiem sporo. W końcu dziewczynki zostały wyprowadzone. Nawet nie siłą, grzecznie szły. Z kciukami w buziach i niewinnym zdziwieniem w oczach. Dla babci musiał to być najgorszy dzień w jej życiu, a przeżyła sporo naprawdę wrednych.
A ja do dzisiaj czuję się jak wyżęta ścierka. Nic tylko paść na pysk i spać przez 24 godziny bez przerwy.
Choćby nawet człowiek chciał, to się nie da.
Porozmawiałam wczoraj na poważnie z szefową. Ostrzegała mnie, że się wypalam, i powinnam trochę przystopować. Bystra jest i za to ją cenię.
A potem pokopało się w pracy i plan zdystansowania się do pewnej sprawy poszedł się pimpać w krzaczki.
"Removal" to dla mnie paskudne słowo. Oznacza po prostu zabranie dzieci z domu i oddanie ich pod opiekę państwa.
Nie zaprzeczę, że w wielu wypadkach jest to konieczne, niezbędne i nieuniknione. Mi kojarzy się z operacją w warunach polowych i bez znieczulenia. To co widziałam wczoraj było jednym z najpaskudnich przykładów takiej operacji.
Gdy widzisz dziecko pobite do krwi przez rodzica, zabierasz je z tamtego domu z poczuciem dobrze spełnionego obowiązki i ulgą, że udało się na czas, zanim zdaży się jeszcze jedna tragedia. A jeśli zabierasz dzieciaka na podstawie czegoś tak ulotnego i nieprecyzyjnego jak "niedostateczna kontrola nad zachowaniem dziecka", to zastanawiasz się po kiego czorta wybrałaś sobie ten zawód.
Nigdy nie chciałam brać udziału w odbieraniu dzieci rodzicom. Wiedziałam, że nie mam do tego odpowiednio twardej psychiki. Moim zawodem było zawsze łączenie rodzin, lub przeciwdziałanie odbieraniu. Tym razem zostałam dość brzydko wplątana w cały proces (okazuje się że znajomość polskiego ma swoje minusy).
Matka dostała załamania nerwowego, ojciec siedzi gdzieś w Iraku, a nawet jakby był tutaj, to też nie wiadomo, czy w czymkolwiek by pomógł. W domu została siedemdziesiecioletnia babcia i dwie dziewięcioletnie dziewczynki. Z wyglądu dwa aniołki. W rzeczywistości, całkiem niezłe terrorystki, z którymi nikt nie potrafił dać sobie rady. Kopanie, bicie, plucie na dorosłych i ucieczki na ulicę, to dla nich standartowa metody wymuszania. Babcia jednak wolała to wszystko znosić, niż je oddać. Wykorzystała moment nieuwagi i zamknęła się z nimi w domu. Jak w starym kawale ilu policjantu potrzeba aby zmienić żarówkę, wiecie ilu było potrzeba, żeby dać sobie radę z dwiema dziewczynkami i starą schorowaną kobietą? Nie zdołałam policzyć dokładnie, ale około dwudziestu. Jeden dobijał się do drzwi, kilku kombinowało jak dostać się od tyłu, a reszta stała na chodniku i mieli ubaw po pachy. Przyjechał sporych rozmiarów opancerzony wóz "emergency unit" i kilka standartowych autek. Ptrzyłam na to wszystko i ręce mi opadały do kolan, a poten na chodnik. Jak widać wystarczy być odpowiednio zdesperowanym by stawić czoła całemu posterunkowi.
"Zabawa" trwała ze dwie godziny aż w końcu ktoś tam zdołał się włamać. Nie wiem jak wyglądały negocjacje z babcią, ale bezradne miny policjantów wychodzących z domu powiedziały mi całkiem sporo. W końcu dziewczynki zostały wyprowadzone. Nawet nie siłą, grzecznie szły. Z kciukami w buziach i niewinnym zdziwieniem w oczach. Dla babci musiał to być najgorszy dzień w jej życiu, a przeżyła sporo naprawdę wrednych.
A ja do dzisiaj czuję się jak wyżęta ścierka. Nic tylko paść na pysk i spać przez 24 godziny bez przerwy.
środa, 12 maja 2010
Dystans własny
Dwadzieścia cztery godziny wpatrywania się we własną gębę straszącą z bloga wystarczą.
I żeby nie było, nie o głupie kompleksy mi chodzi. Lubię siebie, tylko nie lubię zdjęć z własną podobizną zastygniętą w mikrosekundzie. Przywilejem Fal jest wieczna zmienność.
Z innej beczki.
Zabawne jak praca nśladuje życie, a życie pracę.
Odwiedzam sobie taką rodzinę wczoraj i widzę
a) dzieci wpatrzone w telewizję
b) babcia świeżo po powrocie z wycieczki do Włoch. Chce się pochwalić zdjęciami i wspominkami.
c) matka siedzi na kanapie i nie interesuje ją kompletnie nic co się dzieje dookoła niej.
Rodzina, jakaś suma jednostek, wspólnych celów czy zainteresowań. A tu, nic z tego, każdy sobie i nikt nie ma ochoty wyjść na milimetr poza własną skorupkę.
U mnie nie jest może aż tak dobitnie, ale jednak. Każdy ma swoje priorytety. Babcia - porozwodowy podział majątku mojego Brata. Zaanektowała domowy komp na konsultacje z Polandią. Dziadek, ku swemu prezrażeniu, dowiedział się, że nie ominie go operacja prostaty. Dostaje kociokwiku, bo śmiertelnie się boi szpitali. Lew - oczywiście remont Ruinki. Wszytkie sprawy są ważne i wszyscy oczekują, że się solidnie zaangażuję, a nie tylko na pół gwizdka.
A ja nie chcę.
Nie mam sił i energii, żeby wszystkim siebie rozdawać.
I nawet nie mam jakoś z tego powodu wyrzutów sumienia.
Praca uczy mnie dystansu. Uczy, że nie jestem odpowiedzialna za innych. Ze ludzie, aby coś zmienić, nie mogą polegać na mnie. Ze daję z siebie tylko tyle, ile daję, a próby zagarnięcia więcej, skutkują czymś przeciwnym.
Chyba głoszę niepopularne poglądy.
I żeby nie było, nie o głupie kompleksy mi chodzi. Lubię siebie, tylko nie lubię zdjęć z własną podobizną zastygniętą w mikrosekundzie. Przywilejem Fal jest wieczna zmienność.
Z innej beczki.
Zabawne jak praca nśladuje życie, a życie pracę.
Odwiedzam sobie taką rodzinę wczoraj i widzę
a) dzieci wpatrzone w telewizję
b) babcia świeżo po powrocie z wycieczki do Włoch. Chce się pochwalić zdjęciami i wspominkami.
c) matka siedzi na kanapie i nie interesuje ją kompletnie nic co się dzieje dookoła niej.
Rodzina, jakaś suma jednostek, wspólnych celów czy zainteresowań. A tu, nic z tego, każdy sobie i nikt nie ma ochoty wyjść na milimetr poza własną skorupkę.
U mnie nie jest może aż tak dobitnie, ale jednak. Każdy ma swoje priorytety. Babcia - porozwodowy podział majątku mojego Brata. Zaanektowała domowy komp na konsultacje z Polandią. Dziadek, ku swemu prezrażeniu, dowiedział się, że nie ominie go operacja prostaty. Dostaje kociokwiku, bo śmiertelnie się boi szpitali. Lew - oczywiście remont Ruinki. Wszytkie sprawy są ważne i wszyscy oczekują, że się solidnie zaangażuję, a nie tylko na pół gwizdka.
A ja nie chcę.
Nie mam sił i energii, żeby wszystkim siebie rozdawać.
I nawet nie mam jakoś z tego powodu wyrzutów sumienia.
Praca uczy mnie dystansu. Uczy, że nie jestem odpowiedzialna za innych. Ze ludzie, aby coś zmienić, nie mogą polegać na mnie. Ze daję z siebie tylko tyle, ile daję, a próby zagarnięcia więcej, skutkują czymś przeciwnym.
Chyba głoszę niepopularne poglądy.
wtorek, 11 maja 2010
poniedziałek, 10 maja 2010
"On empty"
Mimo, że nie byłam zbyt widzialna w zeszłym tygodniu, napisałam w tym czasie ze dwa posty pełne marudzenia na własne lenistwo i informacji co przeszkadza mi owo lenistwo do woli uprawiać. Oba posty wylądowały na liście "roboczych" do dopracowania. I tam chyba zostaną.
Czasami potrafię inspirację znaleźć dosławnie wszędzie. W codziennym kołowrotku, w nadmiarze własnoręcznie czynionych głupot lub irytująco-śmiesznych zdarzeniach. Ostatnio jednak niezbyt mi to wychodzi. Turlam się na oparach benzyny (po tutejszemu "I'm running on empty") bo zapowiada się pracowicie spędzane lato. Ruinka się kłania (dobrze, że jeszcze nie dosłownie!!!!)
Tyle dobrego, że choć trawa tam SAMA rośnie. Zachwaszczona po pieronie fest, ale rośnie.
Temat remontu Ruinki dominuje w moich myślach, wyłazi z każdego kąta i przyprawia o napady wstętu i niechęci. Toteż nie chce mi się nawet o tym pisać.
Dziękuję serdecznie za pozostawiane kilogramy. Dobieram sobie powolutku, wedle potrzeby. Wbrew pozorom są bardzo przydatne, bo albo temperatura na zewnątrz nieprzyzwoicie niska jak na późną wiosnę, albo w biurze klimatyzacja szaleje.
Jeśli mogę mieć kolejną prośbę - niech mnie ktoś pogoni do weterynarza od Falujących, bo osobiste chęci mi stopniały.
PS: Fotki powinny być jutro, najdalej pojutrze. Własnoręcznie wykonane, więc uprasza się o wyrozumiałość.
Czasami potrafię inspirację znaleźć dosławnie wszędzie. W codziennym kołowrotku, w nadmiarze własnoręcznie czynionych głupot lub irytująco-śmiesznych zdarzeniach. Ostatnio jednak niezbyt mi to wychodzi. Turlam się na oparach benzyny (po tutejszemu "I'm running on empty") bo zapowiada się pracowicie spędzane lato. Ruinka się kłania (dobrze, że jeszcze nie dosłownie!!!!)
Tyle dobrego, że choć trawa tam SAMA rośnie. Zachwaszczona po pieronie fest, ale rośnie.
Temat remontu Ruinki dominuje w moich myślach, wyłazi z każdego kąta i przyprawia o napady wstętu i niechęci. Toteż nie chce mi się nawet o tym pisać.
Dziękuję serdecznie za pozostawiane kilogramy. Dobieram sobie powolutku, wedle potrzeby. Wbrew pozorom są bardzo przydatne, bo albo temperatura na zewnątrz nieprzyzwoicie niska jak na późną wiosnę, albo w biurze klimatyzacja szaleje.
Jeśli mogę mieć kolejną prośbę - niech mnie ktoś pogoni do weterynarza od Falujących, bo osobiste chęci mi stopniały.
PS: Fotki powinny być jutro, najdalej pojutrze. Własnoręcznie wykonane, więc uprasza się o wyrozumiałość.
Subskrybuj:
Posty (Atom)