środa, 31 marca 2010

Podniośle

Zakolorowiło się na blogach.
We wpisach królują barwne jaja, baranki zajączki, bazie i trawka soczyście zielona. Czy się poddam nastrojowi, czy nie, wypadałoby zejść już trochę z tego zeksownego tematu i o czymś bardziej podniosłym napisać.

Podniosłe...hmmm.
Elewacja w Ruince opadła znów niżej.
Aaa, podniosłe miało być!!! Podnosi na duchu fakt, że jeszcze kilka takich ulew i na kosztach demolki zaoszczędzę. Zawsze to wniosek optymistyczny.

Podnoszę co chwila łepek do góry, bo pogoda nie chce się ustabilizować i zostałam już kilka razy zaskoczona. Przeważnie niegatywnie, pozwolę sobie dodać.

Podnosi mi się ciśnienie gdy moje Dziecko najmilsze upodabnia mi się z charakteru do Dziadka. Na mniejszą skalę co prawda ale jednak. A ja mam alergię na lekceważenie mnie i Babci, na drobne lecz oczywiste kłamstewka wygłaszane na bezczelnego, na zwalanie winy na innych. Na razie to drobiazgi, ale strach pomyśleć co bądzie gdy się ugruntują w charakterze. Jak na złość ostatnio świetnie mu szło w szkole i po wywiadówce nachwaliłam Ptyśka ile wlezie. Może faktycznie mją racją ci, którzy twierdzą, że pochwały psują. Mnie tam osobiście motywowały (na krótko, ale jednak), ale Ptysiowy charakterek jest inny. Czego jak czego, ale pewności siebie mu nie brakuje i pochwały tylko go upewniają, że wszystko wie najlepiej, w związku z czym może się kierować własnym widzimisię.

Coś mi ten podniosły nastrój nie wychodzi.
Może dlatego, że wcale nie czuję świątecznej atmosfery. Ale co tu się dziwić, skoro w sobotę mam pierońsko ważną sprawę do załatwienia, a w poniedziałek znów do pracy. W takich wrunkach człowiek nawet nie chce się szykować do świąt, bo ledwie dotrze do świadomości, że laba i lenistwo, a już świętowanie się kończy i codzienność wzywa jak ta trąby jerychońska. W dodatku nachalność pastelowych kolorków już mi uszami wychodzi.

Może mi przejdzie gdy się artystycznie na jajkach wyżyję. Wyciapię je na poważnie i ciemno, a niech się ludzie oglądają!!!


Póki co, tym którzy świętują i tym którzy nie, tym którzy będą uprawiać spożyczy maraton i tym którzy skubią zielone w małych ilościach, tym którzy zawitają w progi kościelne, i takim, którzy dostają gęsiej skórki na widok facetów w sutannach, tym, którzy nie mogą się zdecydować który fragment rodziny kiedy odwiedzić, i tym, którzy mają odwrotny problem... słowem wszystkim, którym się zechciało wsadzić tutaj nos, niniejsza autorka bloga życzy żebyśmy w tym czasie odnowy i odrodzenia odnaleźli swój własny cel. Takie małe coś, dla którego warto rankem otwierać oczy. Taki, który nie wymaga podeptania po drodze innych stworzeń i którego nie sposób przełożyć na dolary, złotówki czy funty. Nawet jeśli jest nieosiągalny, albo to co wymyślimy, życie później brutalnie zweryfikuje, warto się troszkę pozastanawiać nad samym sobą.

W końcu właśnie od tego są święta.

piątek, 26 marca 2010

Wpis zeksowny

Myślę sobie, że praca nie zając, poczeka na mnie jeszcze odrobinkę. Po raz pierwszy od wielu dni zaczęłam poranek od tradycyjnego wsadzenia nosa na bogowisko. Nadrabianie zaległości nieco potrwa, więc proszę być cierpliwym.

Real mnie wzywał gromkim głosem. Nie będę wyliczać do czego, bo nawet mi się nie chce. Nadmienię tylko, że przez cały tydzień zasuwałam po 10 godzin a dziś jestem padnięta na pysk. W miedzyczasie chyba ze trzy wpisy wyprodukowałam... w głowie. Jeden nawet zaczęłam przekładać na literki. Problemik taki mały a upierdliwy się objawił i potrzebowałam porady blogowej. W trakcie pisania rozwiązanie zaczęło mi świtać, ale twardo pisałam dalej... do momentu gdy komp dostał świra i znienacka drzemki mu się zachciało. Nie zdążyłam zapisać i ocalały jakieś strzępki. Zniechęcające szalenie.

Obawiam się, że moje próby zorganizowania sobie zajęć płatnych i bez, nie do końca przewidują czas na wypoczynek i rozrywkę. Zadziwiające, że pierwszym i nagłośniej narzekającym jest Lew Grzywiasty, który nota bene, dostarcza mi najwięcej owych bezpłatnych zajęć. Szef go wysyła na „zieloną trawkę”, więc Grzywiasty potraktował zdanie dosłownie i za ogrodowski się bierze. A że nie bardzo mu się chce samemu, przy każdej okazji domaga się asysty. Najlepiej fizycznej. A potem narzeka, że asystentka snuje się zmęczona i nie ma siły na innego rodzaju aktywność fizyczną. Ha, męska logika!

Z drugiej strony jednak... nie wiem czy ma powód do narzekania. Lwia znajoma, która posiada „dochodzącego”, zwanego pieszczotliwie Bin Laddenkiem (od narodowości, a nie charakteru) przekazała niedawno geometryczną propozycję od owego Bin Laddenka. Chłop pytał mianowicie, czy Lwiasty reflektował by na czworokąt z wymianą partnerów. Odpowiedź brzmiała mniej więcej tak
Lew – Eeee, a tobie się chce? (do owej znajomej)
Znajoma – No, nie.
Lew – Mi też nie.
Długa chwila milczenia
Lew – To z kim by ten Bin Laddenek miałby przyjść? Bo wiesz, jeśli z jakąś fajną...
Znajoma – Jak to z kim???
Lew – Skoro ty nie chcesz, to musi z kimś przyjść. Niech przyjdzie, przyprowadzi i pokaże a wtedy pogadamy.

W tym momencie Lew nasłuchał się tradycyjnego tekstu że „wszystkie chłopy są takie same i tylko jedno im w głowie”.

Lew zdał mi wierną relację z wydarzenia. Zastanowiłam się chwilkę
Ja – Ciekawe co skłoniło Bin Laddenka do owej propozycji. Znajoma nie chce, mnie na oczy nie widział... Jedyne co mi przychodzi do głowy to atrakcyjność pewnego Grzywiastego.

Lwem wstrząsnął dość konkretny dreszcz i w krótkich słowach zreasumował co może spotkać osobnika płci męskiej, któremu takie frywolności przyjdą do głowy.

Ale propozycję dostał. Więc niech nie narzeka.

I tak pod zeksowny nastrój

Lyriel - Enchanted Moonlight‏


poniedziałek, 8 marca 2010

PMS

Nie ulega wątpliwości, żem kobieta. W dodatku rozfalowana. I bywa, że troszkę nerwowa. Więc jako taka, czasami ulegam presji hormonów i dostaję comiesięcznego wścieku, zwanego oficjalnie PMS-em.
Takowy PMS charakteryzuje się u mnie przypływem energii i niecierpliwości. WSZYSTKO musi być na teraz, lub jak najszybciej. Skutki bywają pozytywne. A to podgonię robotę w stopniu nieosiągalnym w innych terminach. A to popędzę jakiegoś klienta, żeby ruszył 4 litery i dostarczył mi niezmiernie ważny papierek. Ale czasami jedynie obwarczę całe najbliższe otoczenie (a potem dostaję wyrzutów sumienia i dołka, ale to już należy do innego składu hormonalnego).

W tym miesiącu miałam szczęście. Pogoda nagle wypiękniała, słoneczko przygrzało i nadszedł czas żeby zabrać się za "dżunglę na ugorze", czyli ogrodowski w Rodzinnej Ruince. Zaopatrzyłam się w narzędzia tnące, rękawice ochronne i PMS-sowską furię. Pracę rozpoczęłam od płotu po lewej stronie a skończyłam, gdy skończył się płot na prawo od punktu wyjścia. Zdziczała, kolczasta róża poszła na pierwszy ogień. Broniła się trochę, ale to tylko podsycało moją determinację. Z dzikim błyskiem w oczach cięłam tak długo aż zostało tylko trochę patyków tuż przy ziemi. Następny był olbrzymiasty dziwny krzak, który kochały komary i zamieszkiwały go całymi stadami. W lecie nie dało się podejść bliżej niż do połowy ogródka, bo krzak dawał schronienie, a nie wyżywienie drapieżnym owadziskom. Pod tym krzaczorem, Babcia twierdziła, że rośnie jakiś uroczy liściobarwny powój. Mimo długich poszukiwań, nikt powoja nie mógł znaleźć w gęstwinie, dopóki nie wpadłam tam z sekatorem i bojowym okrzykiem. Powój został odsłonięty. Sterta pociętych gałęzi sięgnęła półmetrowej wysokości. Po drodze moją ofiarą padło jeszcze kilka mniejszych krzaczków. Zrobiłam kilka odkryć. Mój winogron dotarł do obu sąsiadów i nieźle się u nich zadomowił. Poza tym, jak na prawdziwą dżunglę przystało, miałam liany. Za czorta nie wiem co to jest, ale pędy grubości moje małego palca, straszliwie długie i giętkie wpełzały gdzie się tylko dało. Jednego takiego, długości około siedmiu metrów, zwinęłam jak linę i cięłam jakbym strzygła włosy. Z dwóch winogronów ostał się tylko jeden. Jabłonka przyciśnięta dotychczas winogronowym zielskiem, zobaczyła kawałek nieba, zaś jej boczne gałązki z pączkami wylądowały potem w wazonie.
Słowem dokonałam pogromu, który potem poczułam na własnych kościach i mięśniach. Odwykłam od fizycznej roboty na świeżym powietrzu.

Jako, że PMS nadal trwał, w niedzielę wykonałam karpatkę. A potem ucieszyłam się, że ciasta produkuję tylko dla poprawy samopoczucia, a nie li i jedynie dla konsumpcji. Nieee, zjadliwa wyszła, nikt się nie otruł. Tylko nieco bardziej pradolinę, niż Karpaty przypominała. A że w zapamiętaniu straszliwie dużo jej wykonałam, konsumpcja będzie trwać jeszcze długo.

Uczucia me złagodniały do tego stopnia, że nikt nie stał się ofiarą moich strun głosowych.

Tylko plecy bolą. I prawa łapka. I w żołądku jakoś ciężko.

Nic to. Ważne, że przez miesiąc mam spokój.




Prywatnie bardziej mi się podoba to co słyszę, niż teledysk, ale jeden moment bawi mnie szalenie: 3:05 "fortune smiles on you" a w tym samym momencie most zaczyna się rozpadać. Istotnie uśmiech fortuny ;)))))

piątek, 5 marca 2010

Wróżka-Zębuszka

Dawno, dawno temu, gdy Poffalona była jeszcze małą Falką, nikt jeszcze nie słyszał of Wróżce-Zembuszce. Toteż gdy Poffalona utraciła pierwszego mleczaka w szlachetnym wieku sześciu lat przywaliwszy ryjkiem w szafkę w przedszkolu, nie przyszło jej do głowy wkładać ząbek pod poduszkę i oczekiwać jakowyś atrakcji. Phi, w tym wieku Poffalona już znakomicie wiedziała, że to nie grubaśny święty przynosi prezenty pod choinkę, tylko rodzice. Prezenty lubiła, ale w te jakieś tam siły nadprzyrodzone nie wierzyła ni hu hu.

Teraz jednakże znalazła się jakoś tak "po drugiej stronie". Gdy po wyczerpującej nocy pokerowej ("karty lubią gorące kobiety, dym papierosowy i wódkę") powróciła na rodziny łono, Ptysiasty poinformował ze ząb mu się rusza. Tak sam z siebie, a nie przy pomocy szafki, na szczęście. Poffalona wykorzystała okazję i wygłosiła wykład na temat "wpływ zdrowego odżywiania na rośnięcie zębów i NIE, czekolada NIE jest zdrową żywnością". Po czym padła odsypiać pokera z przyległościami.

Dwa dni później, gdy pracowała 12 godzin ciurkiem, odebrała telefon od Ukochanego Dziecięcia z informacją, że ząb już wypadł. Ząb wypadł, a Poffalona wpadła. W panikę, znaczy się wpadła. Bo godzina była późna, w kieszeni jakoś cienizną pachniało a tu prezent od Wróżki-Zębuszki okazał się nieodzowny. Swego czasu miała zapas prezentów na różne okazje, ale po niedawnej przeprowadzce za nic nie mogła sobie przypomnieć gdzie to je w pośpiechu powtykała. Ptysiek to nie Poffalona w młodym wieku i uświadamianie go o nieistnieniu Wróżki-Zębuszki w takim momencie wydawało się co najmniej niestosowne.

Z pomocą przyszła jak zwykle niezawodna Babcia. Babcia, bowiem, posiada lepszą "pamięć terenową" niż cała rodzina razem wzięta i potrafi lokalizować zaginione i zapomniane przedmioty. Poffalona też kiedyś miała takie zdolności, ale uległy zanikowi gdy Babcia przejęła kontrolę nad pomieszczeniami zamieszkałymi. Prezent został zlokalizowany, w stosownej chwili podłożony, a konsumpcja czekolady nieznacznie się zmniejszyła.

Ząbek zachowałam sobie na pamiątkę. Taka sentymentalna jestem.

środa, 3 marca 2010

Jak nie jedna, to druga mi naganę wlepia!!!

Nie na darmo nadałam sobie przydomek falujący. Wczoraj przepracowałam dokładnie 12 godzin z dwiema maciupeńkimi przerwami, a dziś nie chce mi się palcem w klawiaturę trafiać. Typowo w moim stylu – zero wypośrodkowania!

Nie pisuję ostatnio zbyt często. Nawet nie z powodu pracy, choroby czy innych niekorzystnych biometrów. Po prostu nie ma o czym. Jakoś tak. Dziwnie spokojnie się zrobiło. Wiosna nadchodzi kocimi kroczkami jak dziewica do poślubnego łoża. Kryguje się toto, wstydzi, ucieka nawet, bo w zeszły czwartek i piątek znów zasypało Niujork po czubki uszu. W sobotę wybrawszy się na zakupy brnęłam w mazi błotno-śniegowej, zaś Ptysiek skakał w zaspy większe od niego. Kilka dni później nie zostało nawet ociupinki śniegu. Cierpliwie więc czekam, aż krygująca zdecyduje się nareszcie. Za ogrodowski by się należało złapać a zawsze to przyjemniej gdy słońce, a nie zimny wiatr, suszy spocony zadek.

Wspomniany ostatnio dupek żołędny nabruździł mi w obu łazienkach potężnie, a teraz umył łapki i udaje, że to nie on. Nadal rozważam akcje radykalne. Nie dlatego, żebym po przodkach wzięła gen pieniactwa sądowego (nie ma takiego?! A ja myślę, że jest i plącze się po rodzinie). Ktoś ma trochę racji, że potem z takowym żyć w jednym domu trzeba. Ale jak dotychczas dupek pozostawał bezkarny i stąd tak urósł. Gdyby po rozpirzeniu mi łazienki przyszedł i zwyczajnie przeprosił, nawet bym nie rozważała opcji wycierania sądowych kątów. Ludzie jesteśmy i często się mylimy. Gdyby zdeklarował się wymienić rury, nawet na mój koszt, machnęłabym ręką, bo taka suma nie dobija. Gdyby wpuszczając ekipę (pożał się Boże!) fachowców, dopilnował co ci kretyni wyprawiają, albo choć rzucił okiem PO zniszczeniu drugiej łazienki, jeszcze pewnie dałabym się ułagodzić. Obawiam się jednak poważnie, że jeśli nie zareaguję szybko, butalnie i boleśnie, to dupek będzie się nadal huśtał na niżej podpisanej. Zresztą, i tak już awansowałam na wroga numer jeden. Grupowo, z całą moją rodziną. Lepiej nie będzie, a może się przestraszy kolejnych procesów.

Dziadek, który też do normalnego funkcjonowania potrzebuje wroga, wziął sobie dupka na celownik i wszystko byłoby miło i pięknie, gdyby nie to że Dziadek w gruncie rzeczy lubi gnębić wrogów cudzymi rękoma. Judzi i podpuszcza, a jak sprawa się rypnie, ochrzania tego co mu za narzędzie służył. Ale fakt posiadania wroga zewnętrznego zawsze go trochę stabilzował. Awantury stały się jakby rzadsze.

A ja się pławię. W nadmiarze pracy ale i w chwilowej przerwie między poważnymi zawirowaniami. No przecież mówiłam, że tak będzie! Falujące, mimo ciągłego rozfalowania, zawsze wracają do równowagi.