poniedziałek, 21 czerwca 2010

(U)rodzinnie

Cóż, fety nie było. Może nie trzeba było się deklarować, nie musiałabym się tłumaczyć. Postaram się pamiętać na przyszłość.
Mała „ścinka” z Lwiastym zaowocowała czymś w rodzaju wojny światowej. Pobiłam swój osobisty rekord w rykach (pięć godzin, ha, tego bym się po sobie nie spodziewała!!!). Babcia na zmianę to mnie opietruszała, to próbowała nas pogodzić na siłę, co mi się wybitnie nie podobało. Usłyszałam wiele przykrych słów (może zasłużonych, może częściowo, a może nie - interpretacja dowolna) oraz kilka opinii od których ze zdumienia brwi mi permanentnie odleciały na czubek głowy. A teraz czuję się jak człowiek pięć minut po trzęsieniu ziemi. Bezranie zagubiona i zastanawiająca się co i skąd i za co mi na łeb zleciało?
Na robienie imprezy nie miałam ani energii, ani nastroju.

Na szczęście nie wszystko jest takie ponure i wredne. Komputer mi prawie pękł od licznych życzeń (o wirtualnych komarach i pająkach nie wspomnę. Niech ja tą Zołzę tylko dopadnę!!! Chyba, że mnie komary wcześniej zeżrą żywcem). W pracy też nikt sklerozy nie ma i miłe słowa podziałały jak balsam na pogryzioną duszę. Liczyłam na to że z wiekiem najdzie mnie jakaś mądrość, ale tak sobie dumam, że jednak chyba wolę być głupia a mieć za to życzliwych ludzi dookoła.
Nie będę po kolei wymieniać kogo – sami najlepiej wiecie.
Dziękuję z całego serca!

piątek, 18 czerwca 2010

Wakacje

Smoczyca straszy, że jej cierpliwość się skończyła, a zdjątek jak nie ma, tak nie ma.
O wybaczenie będę Smoczą prosić, bo istotnie wakacje mnie rozleniwiły.
Nie moje wakacje, bynajmniej.
We wtorek Dziecko moje osobiste zakończyło rok szkolny i po raz pierwszy w życiu ma prawdziwe wakacje. Wcześniej, gdy chodził do przedszkola, wolne miał tylko na wyjazdy do Polski, w wypadku choroby, lub gdy przedszkole było zamknięte. Teraz, z nieznanach mu powodów, może się byczyć za darmo i bez konsekwencji. Ogląda więc telewizję do czerwoności odbiornika, szaleje na rowerku, naciąga Dziadka na smakołyki zamiast obiadów i rozsypuje swoje zabawki gdzie popadnie. Raj na kółkach!!!

A ja oddycham. Przybywam do domu po pracy i NIE MUSZę odrabiać z nim lekcji!!! Z całego serca kocham wakacje!!!

Rok szkolny zakończył się uroczym przedstawieniem z fragmentami piosenek z Broadwayowskich musicali. Co prawda muszę przyznać, że Ptysiek obijał się przy śpiewaniu i w ogóle wyglądał na zmęczonego, jakby chciał już tylko mieć to wszystko za sobą. Nic dziwnego, tego samego dnia musiał wstać wcześniej, bo do końca mieli zadania i do końca Ptyśkowi nie chciało się ich robić.
Faktyczną imprezę jednak zrobimy jutro na ogrodowskim. Taką, z basenem, lodami i balonikami. Tradycyjnie - wielookazyjną, bo i Dzień Ojca, i pożegnanie Ptyśkowej szkoły, i nadchodzące urodziny niżej podpisanej, i niedawno minione Lwiaste urodziny (w trakcie demolki tort urodzinowy nam nie pasował).

Wszystko to mam szczery zamiar sumiennie utrwalić na zdjęciach i zaprezentować ciekawskim. Podkreślam: "szczery zamiar".
Jakby co, można mnie przynaglać.

czwartek, 10 czerwca 2010

Władzio Remont

Ilość śmieci powstałych w wyniku remontu jednego mieszkania piętnastokrotnie przekracza kubaturę owego mieszkania.
Za wywóz śmieci płaci się od jarda. Nie wiem jak oni obliczają jard śmieci, ale wychodzi to zawsze trzy razy więcej niż pierwotna cena.
Planując robotę na miesiąc możemy być pewni że zejdzie nam na to dwa miesiące ze sporym kawałkiem.

Kolejne złote myśli remontowe pojawią się w miarę rozwijania się prac.

Po dwunastu godzinach sprzątania, demolki, sprzątania, demolki i tak dalej mam pewne trudności z poruszaniem się. Kręgosłup, który od pewnego czasu dawał mi się we znaki, teraz boli, ale inaczej. He he he, zawsze to jakaś odmiana. Uniknęłam ran kłutach i ciętych (nie wiem jakim cudem zważywszy, że babrałam się w deskach nabitych gwoździami) Wypiłam około dziesięciu piw. Nawdychałam się kurzu i papierosowego dymu (czynnie, biernie i pomiędzy).
Nastąpnym razem postaram się wkleić kilka zdjątek "przed". Robiłam specjalnie, żeby mieć z czym porównywać potem.

Troszkę mnie może nie być w najbliższych dniach lub tygodniach.

wtorek, 8 czerwca 2010

Refleksja

Tak sobie myślę…
Tak naprawdę to nie obawiam się samego remontu, obawiam się, że to będzie czas próby dla całej rodziny.
Obawiam się tego co będzie jeśli nie zdobędziemy się na poważne poświęcenia w najbliższym czasie. To będzie bardzo konkretny próba lojalności wobec siebie. Nie jestem przekonana jak przez nią przejdziemy.

A tak już naprawdę naprawdę, obawiam się żebym to ja nie okazała się tym słabym ogniwem.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Znów się robi wrednie

Ledwo wyraziłam życzenie coby czas wolny mieć, to mi spadł jak z nieba. Z wirusami. W piątek dostałam dreszczy, bólów w mieśniach, stawach i migdałach. Klimat wraz z klimatyzacją mi dokopały. Kto to widział takie różnice temperatur? Na zewnątrz powyżej 30 stopni, a w pracy biegun polarny. No i padłam jak zmięta stówka. (Wersji, że to picie zimnego piwa w gorące wieczory, nie mam nawet zamiaru brać pod uwagę.)
Przez piątek i pół soboty poziomem energii przypominałam to czym się podłogi kiedyś wycierało (sprzed epoki mopów). Na szczęście ogranizm zaregaował na chemiczne świństwa, którymi go napasłam i w sobotę wieczorem przypominałam nieco spłukaną, ale samą siebie.
I wtedy się mogłam zabrać za dzierganie, he he he.

Niedługo się cieszyłam.
Przeważnie kłopoty spadają na mnie w maju bądź we wrześniu. Jakaś taka regularność. Tym razem maj przeszedł bezboleśnie. Kopnęło za to teraz.
Z przczyn niezależnych remont, który cały czas jeżył mi włos na głowie, rozrósł się jeszcze bardziej. Dokładniej od dodatkowe piętro. Wszystko na "ten tychmiast". Kosztorys przypomina rolkę papieru toaletowego (długością, a nie w dotyku). Strat finansowych, moralnych i czasowych nawet nie chce mi się sumować. Krótko mówiąc najbliższe miesiące mam przechlapane, a potem będziemy się wydobywać z dołka.
Rozgoryczona jestem.
Nie podoba mi się wizja lata bez choćby odrobiny wolnego dla siebie. Zasuwanie przy remontach przed pracą, po pracy i przez całe weekendy. Nie mam ochoty chudnąć, a zwłaszcza od fizycznej roboty. Talia osy mi potrzebna jak piąte koło u wozu. Nie mam ochoty znów naciągać moje biedne karty kredytowe, które ledwo co zaczęłam spłacać. Nie mam ochoty znów nie mieć ani chwili czasu dla Młodego, ani też forsy-czasu-energii (niepotrzebne skreślić) by zorganizować mu jakieś atrakcje na lato w mieście. Nie mam ochoty mieć na głowie załatwiania tego tysiąca spraw bez których żaden poważniejszy remont się nie obejdzie.
Tylko, że nie mam wyboru.

Dobra, pojęczałam sobie "po kokardę". Czas zacisnąć zęby i brać się do roboty.

piątek, 4 czerwca 2010

"Procesja", czyli początek pewnego procesu

Dzięki blogowi Zaby doszło do mnie, że wielkie święto państwowe nastało wczoraj w Polandii. Ja, oczywiście, takich rzeczy nie łapię. O obchodzeniu nie ma co wspominać. Ale, również dzieki Zabie, miałam szczere postanowienie pójścia na procesję. Moją własną, wewnętrzną, niezwiązaną z religią. Po co? Sama nie wiem. Może w dzikim zamęcie potrzebuję czasu na refleksje, na czucie zamiast myślenia i planowania. Zapowiada się uciążliwy miesiąc w pracy, remont ruszył pełną parą. Czasu dla siebie będzie coraz mniej.
Najdziwniejsze jest to, że udało mi się wykonać owo postanowienie i to zupełnym przypadkiem. Jechałam metrem do Ruinki odebrać komorne i klucze od wyprowadzających się ludzi. Niujorskie metro przeważnie ma linie podziemne, ale ten spory kawałek niedaleko oceanu i dość znanego parku Coney Island, jedzie ponad ulicami aż do stacji węzłowej. W rytmicznym turkocie i kołysaniu wagonów łatwo zapaść w coś w rodzaju letargu (albo w sen). Gapiłam się tak bezmyślnie przez okno aż nagle zaczęłam WIDZIEć niesamowitą rozmaitość barw. Stary metal, wypłowiały szafir farb, rdzę, różnorodne kolory żwiru od kości słoniowej do antracytu. Subtelnie piaskowy kolor płyt chodnikowych, bladą zieleń nielicznych bardzo odpornych trawek, czy poszarzałą żółć oznakowań na peronach. Wszystko to tworzyło niesamowitą paletę barw pomiędzy dziką kamienną plażą, a zaniedbanym i pozostawionym na pastwę natury przemysłem ciężkim.

Dostałam kreatywnego kopa. Oczyma duszy widziałam już jak to przerobić w niesamowite kolorystcznie dzianiny i biżuterię. Wszystkie obecne robótki idą w kąt a ja spróbuję jakoś uwięzić moje wizje w materii.

Tylko, kurczę pieczone, kiedy znajdę na to czas????