piątek, 30 października 2009

Taka sobie refleksja

Niki to trzynastolatka, która przchodzi do mnie na terapię. Gadamy sobie o tym i o owym, jej bliskich, przyjaciołach, znajomych. Nagle rzuca mi taką uwagę: „Nareszcie się dowiedziałam co znaczy ILU! Cały czas czatowałam z ludźmi i co chwilę ktoś mi pisał ILU, więc odpowiadałam tak samo, ale nigdy nie wiedziałam co to znaczy.” (W sumie nic dziwnego. Ten skrótowy jezyk hamerykańskich czatów to istny szyfr Indian Navaho, heroglify egipskie plus pismo klinowe. Sama nie znam więcej niż kilka symboli)

Otóż ILU znaczy I Love You. Proste jak świński ogon, prawda?

Parę minut później Niki zwierzała się jak kumpel wymusił na niej przyznanie się, że jest zakochana w ich wspólnym przyjacielu. I tu ciekawostka – opisując swoje uczucia Niki mówi „I like him”, czyli „lubię go, podoba mi się”. Z tym szczególnym nieśmiałym uśmiechem i lekkim rumieńcem, więc nie ma wątpliwości, że to nie o zwykłe „lubienie” chodzi.

Zadziwiające jest to nowe pokolenie. Nie mają oporów, żeby mówić „kocham cię” do osób które ledwie znają, lub nawet na oczy ich nie widzieli, a zakochanie nazywają lubieniem. Ciekawa jestem co będzie dalej, gdy uczucia Niki się ugruntują, lub (!!!!) nawet zostaną odwzajemnione? Jak wówczas będzie opisywać swoje uczucia, skoro miłość i kochanie tak bardzo spowszedniało?

środa, 28 października 2009

Ponarzekam sobie jeszcze trochę, ale to już końcówka

Za oknem ciapiąca Niujorska ulewa, a mi na głowę wali się deszcz problemów.

Podsumujmy - Dziadek pójdzie na operację. Badania przedoperacyjne, nagłe pogorszenia plus jego pretensje do mnie, lekarzy i całego świata. Zrobił się taki nerwowy, że obawiam się zostawiać go z Ptyśkiem, skutkiem czego dziecko chodzi do świetlicy.

Kryzys gospodarczy plus bezinteresowna małpia złośliwość jednego sku...rczybyka spowodowała, że jestem do tyłu dwa i pół tysiąca. Ciekawe czy by mnie uniewinnili, gdybym faceta zastrzeliła. Mam na to ogromną ochotę.

Brat dostał właśnie pozew rozwodowy w którym jego przyszła eks wylała kubeł pomyj na niego, syna i okoliczną rodzinę włącznie z nami. Tak wygląda wdzięczność za to, że od 16 lat mieszkała w naszym rodzinnym domu, za emerytury rodzców mogła sobie pozwolić na studia, w miarę dostatnie życie i nieprzejmowanie się płatnościami. Ją też mam ochotę zastrzelić.

W pracy jedna sprawa, którą miałam zamykać rozwaliła się wybuchowo i o mały myk nie doszło do aresztowań. Przez kilka pierwszych godzin chodziłam w szoku. Zaczęłam nawet na serio podejrzewać, że pod moim bokiem ciągnęło się molestowanie seksualne dziesieciolatki, a ja niczego nie zauważyłam. Na szczęście wygląda na to, że nie, ale i tak nie jest wesoło. Inna sprawa też nieco wybuchła, choć może bez fajerwerków (a mówiłam, mówiłam, że to się tak może skończyć. Nie posłuchało mnie głupie babsko).

Sezon grzewczy się zaczął a piec w Ruince odmówił posłuszeństwa po raz kolejny. Nowy czujnik, nowiutki termostat, fachowiec zwizytował i stwierdził, że wszystko jest git, a tu wieczorem telefon ze słusznymi pretensjami od lokatorów.

Babcię denerwuje sytuacja finansowa, Dziadek i jego wyczyny, Brat i jego rozwód, Dziadek i jego rachunki za szpital, Dziadek sam w sobie...

W piątek wieczorem poszłam do dentysty gdzie dałam sobie wyrwać ząb. Z nieznanych powodów wplynęło to na mnie bardzo uspokajająco. Ot takie podłe zakończenie podłego tygodnia i teraz karta powinna się odwrócić.

Odwraca się.
Powoli.
Może po prostu nie mam już więcej nerwów do stracenia?



Ptysiek idzie dzisiaj ze mną do szkoły. Wychodzimy ze stacji metra i Dziecko otworzyło swój parasol. Nagle z drzewa spadło kilkanaście cieżkich kropel, które zadudniły o parasol jak werbel.
- Mamusia, patrz, popcorn na mnie pada.

poniedziałek, 26 października 2009

Biuro Ludzi Zaginionych

Magazyn, czy może jakaś przeogromna hala. Nie wiadomo właściwie czy faktycznie przeogromna bo wszędzie panował aksamitny zmrok i na kilka kroków dalej już niczego nie było widać.
Po lewej, czy może prawej, stronie - okienko. Malutkie i wysoko. W dodatku zabite dechami więc tylko strzępy światła wpadały do magazynu. W tych cieniutkich pasemkach ciemnozłotej poświaty tańczyły drobiny kurzu.
Ciekawe dlaczego, skoro wokół panował bezruch absolutny?
Może od mojego oddechu?
Ale czy ja na pewno oddycham?
Sprawdziłam. I owszem. Ale to bynajmniej niczego nie dowodzi.
Leżę sobie zwinięta w koci kłębek na piątej półce licząc od okienka. Ile od podłogi, nie wiem, bo z mojej perspektywy nie widać, a nie chce mi się wychylać i liczyć.
Sufitu też nie widać.
Tylko okienko, półka i wszechobecny kurz.
Nic tylko spać i pokrywać się kurzem.
Spokojnie spać.
Spokojnie czekać.
Nie jestem pewna na co mam czekać. Aż mnie znajdą? Mało prawdopodobne. To nie miejsce gdzie ktoś mógłby mnie znaleźć. Zwłaszcza jak solidnie porosnę kurzem. Sznureczek z przyczepioną małą tekturką na której nabazgrano jakieś nic nieznaczące słowa któregoś dnia pęknie ze starości. Tekturka wpadnie w szparą między półką a ścianą i szukaj wtedy wiatru w polu.
Nie muszę się obawiać odnalezienia.
Mogę spać spokojnie.

Dzień kolejny

Gdzieś tam daleko za oceanem rozpoczął się nowy dzień. Ludzie gnają jak mróweczki swoimi drogami załatwiając po drodzie różnie ważne sprawy. Słońce robi nam przyjemność świecąc przyjaźnie.
Poffalona przybyła do pracy, z lekka jeszcze śpiąca, niekoniecznie przytomna, choć zakofeinowana. Plan był nieco inny – po odprowadzeniu Ptysińskiego do szkoły, Poffalona miała mieć ranek dla tak zwanej siebie. Na relaks. Jednak w piątek wieczorem Poffalona stwierdziła, że nie wyrobiła się z papierkami tak jak to było zaplanowane. W poniedziałek więc przybędzie ze świeżymi siłami i wypoczęta, żeby stukać w klawiaturę.

I oto nadszedł poniedziałek.
Poffalona zamiast pisać w tempie 150 słów na minutę, od poranka odbiera telefon za telefonem, ma sieczkę w głowie i dobijającą perspektywę 11 godzin pracy.

Poffalona pojechała wczoraj do Pennsylvanii. Nie w ramach przyjemności tylko jako windykator, a raczej asystentka windykatora. Lew miał odebrać pieniądze od faceta, który gdzieś się po owym stanie włóczy. Adres nieznany, rzecz jasna. Noc ciemna zapadła zanim do Pennsylvanii dojechaliśmy. Dróżynki tu i ówdzie zaledwie asfaltem wysłane. Pustka kompletna i ani żywego, ani martwego ducha nie uświadczysz. Oglądajac Pennsylvanię by night, Poffalonej zamarzył się weekend z dala od cywilizacji. Poffalonej w ogóle wiele rzeczy się marzy, zwłaszcza tych, które mają w podtekscie rzucenie licznych obowiązków w diabły. Poffaloną męczy już odpowiedzialność. Dała temu wyraz tłumacząc Lwiastemu pewne zawiłości swoich myślowych menadrów (tlumaczenie – Poffalona nie cierpi się skarżyć na wredotę życia w związku z czym Lwiasty niekoniecznie wie co się w Poffalonej glowinie dzieje). Lwiasty przyznał, że wszystko razem do kupy wzięte przedstawia się nieco zadkowo i w związku z czym nie ma dla Poffalonej żadnej fajnej rady.
Poffalona radę znajdzie sama.
Prawdopodobnie jak już zgłupieje do szczętu i zacznie działać kompletnie irracjonalnie.
Na przykład, wysiądzie w samochodu w środku Pennsylwanii by night i ruszy przed siebie ginąc ludzkości z oczu.
Albo będzie wysyłać rozpaczliwe a niekoniecznie sensowne apele do kraju przodków.
Albo kombinacja obu czynników – zagubi się w głuszy mając na sobie tylko koszulkę z napisem „If found, return to Poland”.

czwartek, 22 października 2009

Ocean Spokojny 2

Płynę nadal przez ocean zwany popularnie życiem.
Sztormy się walą na falowaną głowę z każdej strony. Te w pracy, te w życiu osobistym. Dziadek znów wylądował w szpitalu. Odwoziłam go wczoraj do szpitala w paskudnym stanie, bo czekał i czekał, zamiast cokolwiek powiedzieć. On to dopiero czeka na cudy! Na przykład taki, że "samo przejdzie".
Babcia zrobiła się nerwowa. Być może nadmiar obowiązków też ją przytłacza i odkryła, że adrenalina pomaga. Podobno tak to już bywa, że napięcia nerwowe muszą gdzieś w rodzinach uchodzić - jeśli nie przez jedną osobę, to przez inną. Jedyne co mogę zrobić to podzielić się z nią tą odrobiną spokoju, którą udało mi się wypracować.
Sytuacje rodzinne niektórych moich klientów ciągną się w tym samym stylu niemal jak ten smród za wojskiem. U innych - bajzel nie z tej ziemi. Kilka spraw zamykam. Przeważnie bez większej satysfakcji.
Zapisałam Ptysińskiego do świetlicy. Wraca z odrobionymi lekcjami, ale zmęczony. Trochę za dużo tych godzin musi spędzać w szkole, ale nie mam lepszego pomysłu. Taka sytuacja.

Pozwalam, żeby sztormy przepływały przeze mnie i odchodziły w niepamięć. Gdzieś gęboko w środku mnie samej musi być to źródło spokoju. Czasami je znajduję, czasami gdzieś znika. Oddycham gęboko i czuję jak paskudnie napięte mam mięśnie. Oddycham znowu i próbuję się rozluźnić. I jeszcze raz. I jeszcze. Z czasem może wejdzie mi to w nawyk.



Tuptam sobie wczoraj wieczorkiem na wizytę. Szarówka, jak to w jesienne wieczory. Nagle widzę wózek dziecięcy typu spacerówka jadący sam, bez cienia dorosłego, i to prościutko na mnie!!!! Ulica prosta jak stół, więc sam nie powinien się toczyć dalej niż kilka kroków. Co się dzieje?!!!
Uskoczyłam wózkowatemu z drogi w prostym odruchu i widzę, że pcha go mały berbeć płci niezidentyfikowanej. Mniejszy niż podniesione oparcie wózka, a łapek z boków rączki nie było widać. Maluch, z wzrokiem wbitym w chodnik, bo i tak nic innego nie widział, zasuwał swoim pojazdem z pasją przyszłego kierowcy rajdowego. Mamusia z koleżanką kilka kroków dalej, nieco zagadane. Ciekawe czy korzystając z ich zagadania, maluch zdążył kogoś przejechać, czy nie?

środa, 21 października 2009

Cuda

A propos cudów, bo pewne wyjaśnienie się należy.
Doświadczenie i praktyka nauczyła mnie że są. Zdarzają się i to nawet często. Czasami w postaci zbiegów okoliczności, czasami w postaci życzliwego słowa od innych. Sprawiają, że w ciemnej norze na moment zaświeci słoneczko i jakoś łatwiej się z owej nory wykopać.
Trzeba mieć na nie oczy otwarte.

Jednak to czego teraz potrzebuję to więcej niż promyczek nadziei. To gruntowna zmiana okoliczności. Mogę jej dokonać, a przynajmniej myślę, że mogę, tylko, że będzie to ode mnie wymagało radykalnych cięć. No i rezultat może nie być przyjemny. Nawet na pewno nie będzie. Przynajmniej nie na początku. Moja decyzja będzie przypominała skok na główkę, a do takiego skoku trzeba dojrzeć.
Nie czuję się jeszcze dojrzała, więc zwlekam czekając by samo się rozwiązało. Samo to się może rozwiązać sznurowadło i mniej więcej tyle.

Trudno, na razie decyzji nie podejmę. Poczekam aż huknie i wtedy będę zbierać co się da.

Nic nie poradzę, że tchórzę, przed odpowiedzialnością.

Na razie oszczędzam energię własną i dopieszczam poszarpane nerwy. To też niezbędne dla sensownego funkcjonowania.

Pogoda jak marzenie, kilogramy włóczki do zużycia, uśmiech coraz częściej goszczący na pyszczku Żółwika, ciekawość nowych rzeczy i satysfakcja z dobrze wykonanej pracy.

Kto wie, może nie będzie tak źle?

poniedziałek, 19 października 2009

Ocean Spokojny

No i proszę, poważny plan zabrania się za siebie i chronienia własnych nerwów na pożytek otoczeniu i przyszłych pokoleń pojawił się w sam raz.
Ani o minutę za wcześnie.
Gdybym nie powzięła mocnego postanowienia poprawy, pewnie teraz chodziłabym po ścianach i gryzła mury.
Póki co nie gryzę.
Mało tego, staram się normalizować sytuację, służyć wsparciem i ratować co się da.
Bo w sumie dobrze nie jest, a istnieje możliwość, że będzie jeszcze trochę gorzej.
Bo moje całkiem niezłe pomysły, którymi rauję sytuację to są tylko półśrodki i zatykanie najgorszych dziur. W pewnej chwili półśrodki nie wystarczą i będę musiała podjąć radykalne działania. A wtedy rozpęta się piekło na dwa kontynenty.
Więc wysilam mózgownicę, wymyślam jak doraźnie zapobiec problemowi i zdaję sobie sprawę, że tylko gram na zwłokę.
Czekam na cud, mówiąc inaczej.
Z pełną świadomością, że takowy nie nastąpi.

Nie wiem na ile mi się uda, ale póki co, jeszcze pływam po Oceanie Spokojnym.
Dam znać gdy zerwie się burza.

środa, 14 października 2009

Serwus, jestem nerwus

Słyszałam to już kilka razy od najbliższych. Mówili mi, że nerwowa się zrobiłam, złośliwa, francowata i podobna z charakteru do Dziadka. To ostatnie stwierdzenie wywoływało fajerwerki przed moimi oczyma i strzał adrenaliny w żyły i tętnice, co, rzecz jasna potwierdzało tylko diagnozę.
Nie puszczałam tych stwierdzeń tak zupełnie w niepamięć, ale usprawiedliwień było mnóstwo. Bo na adrenalinie załatwia się wiele rzeczy łatwiej. Szybciej się piszą raporty, gdy człowiek jest podbuzowany. Problemy rozwiązuje się jednym warknięciem. Ludzie są bardziej ulegli, gdy widzą ten niebezpieczny błysk w oku. Taaa, adrenalina pomaga.
A potem odpływa i Poffalona pada na pysk, nie ma siły nawet ruszyć placem i nabiera alergii na telefon i komputer.
Żeby zmoblilzować się do dalszych działań potrzebny jest następny kop adrenalinowy, a potem padnięcie jest dłuższe i głębsze. I tak w kółeczko, jak szczeniak biegający za własnym ogonem.
Zrobiłam się nerwowa, bo jednak obowiązków jest dużo. Wieloma rzeczami muszę zająć się, bo nie ma nikogo innego (ha, a podobno nie ma ludzi niezastąpionych!), bo za to mi płacą, bo jestem skuteczna. Bo potrafię wycisnąć z siebie ostanią kroplę potu. Tylko, że tego czasu na regenerację jest coraz mniej, a spraw do załatwienia... wiadomo.
Od siedmiu lat powoli i stopniowo nauczyłam się funkcjonować przede wszystkim na adrenalinie. Od kupna mieszkania, przez rozwód, urodzenie i wychowywanie Bąbla, szkołę, dwie wyczerpujące psychicznie prace pełne ciągłych kryzysów, remonty domowe, aż po problemy zdrowotne Babci i Dziadka. Bez tego adrenalinowego kopa nie dała bym rady. Ale jak wiadomo każdy kij ma dwa końce a drugi koniec kija zaczął się odbijać na moim zdrowiu.
Zdawałam sobie sprawę, że brakuje mi relaksu, spokoju, pewnego stonowania. Myślałam, że to tylko taki okres. Pojadę do Polski na długie wakacje i wrócę z odświeżonym mózgiem. Pewnie, że wróciłam. I ten odświeżony mózg nawet dało się zauważyć, ale co z tego skoro z miejsca (dosłownie) znowu wpadłam w kierat, i znów bez adrenaliny nie dało się ruszyć z miejsca.
Aż w końcu dało się to zauważyć nawet przez osoby postronne.
Usłyszałam to dwa dni temu i coś kliknęło w moim mózgu – faktycznie robię się podobna do Dziadka z jego cholerycznym charakterem przeplatanym ze stanami depresyjnymi. Jestem na najlepszej drodze do tego samego zachowania, mimo, że różnimy się charakterami.
Dziwne, bo do niedawna byłam znana z tego, że byłam okiem cyklonu. Gdy dookoła szalały burze, ja zachowywałam spokój i mówiłam, że wszystko się jakoś ułoży. Zachowanie tego spokoju też mnie trochę kosztowało, ale było lepsze niż własnoręczne wywoływanie tajfunów.
Gdzie podział się ten spokój i to łagodne dostosowywanie się do sytuacji?
Nie zniknął tak zupełnie. Widzę go, gdy klienci przechodą jakieś swoje kryzysy, ale sama w życiu prywatnym nie potrafię go zachować.
Muszę jednak coś wymyśleć. Kolejna osoba o cholerycznym charakterze nie jest w tej rodzinie potrzebna. Kolejna osoba, której zdrowie szwankuje (na własne życzenie w dodatku) też nie. Jeszcze mi zależy na bliższych i dalszych, którzy będą cierpieć przez mój zepsuty charakter, żebym nie próbowała coś z tym zrobić.
Tylko - tak konkretnie - to co?
Mam zagwozdkę.
Ocean Spokojny pilnie potrzebny

Zaginiona

jedna z Blogerek - Tirena ,potrzebuje naszej pomocy,zawsze Stawaliśmy MUREM zaginęła Jej SiostraZAGINĘŁA6 PAŹDZIERNIKA 2009 R.Marta Wiencek


84-letnia mieszkanka Czechowic-Dziedzic poszukiwana jest przez policję i Centrum Itaka. Marta Wiencek wyszła z domu we wtorek rano po zakupy do sklepu i od tego czasu nie skontaktowała się z rodziną.
Zaginiona czechowiczanka ma 154 cm wzrostu, szczupłą budowę ciała, włosy długie, czarne ze śladami siwizny (mogą być upięte w kok), oczy piwne. W dniu zaginięcia ubrana była w popielatoszary żakiet, czarne półbuty na płaskim obcasie, jasnobrązowe rajstopy. Zaginiona zabrała ze sobą torbę na zakupy w czerwono-czarne paski i czarny portfel. Kobieta cierpi na zaniki pamięci.
Proszę o wszelkie informacje o miejscu pobytu Marty
pod nr Tel. 507 815 800, 032 210 3554
lub z najbliższą jednostką policji pod numerem telefonu 997 lub 112

WYSTARCZY WKLEPAĆ WIADOMOŚĆ NA SWOJEGO BLOGA,
MOŻE KTOŚ WIDZIAŁ PANIĄ MARTĘ ?

wtorek, 13 października 2009

Nerw

Miałam się nie denerwować, miałam się nie denerwować, miałam się nie denerwować, miałam i tak dalej...
Ale JAK, przepraszam uprzejmie, nie dostać świra?!!!!

Moje komentarze wchodzą.
Li i jednynie muszę wykasować adres zwrotny do mojego bloga.
WP widać nie trawi tego linku.

Agrhhhhhhhhh!

Niech ten cholerny Merkury zaczyna wreszcie leźć do przodu, bo skutki są koszmarne.

PS Dosiu, dzięki za podpowiedź. Bez ciebie w życiu bym na to nie wpadła!

poniedziałek, 12 października 2009

Porannie

Donoszę, że zwłokłam się z posłania z sprawą własno-osobistego dziecka. Doprawiłam organizm kofeiną i zasiadłam przed kompem.
Komentarze na WP nadal zdefekowane. Wchodzić mogę, zostawiać ślady już nie.
Nie podoba mi się to.
Co prawda zły to ptak co własne gniazdo, nawet byłe gniazdo... i tak dalej, ale jakby ktoś miał ochotę przenieść się na inny dywanik, to proponuję mój obecny.

Zakręcona - nie kuś z wstawianiem muzyczki bo znajdę najbardziej słodziastą pościelówę, tak dla kontrastu.

piątek, 2 października 2009

Powitanie

Iśka, Agnieszka, Aga, Agnes.
Do niedawna też Poziomka, Poziomas, Poziomica, Dzika Kuzyna Truskawki, czy Niujorski Owoc.

Od teraz Fala.
Trochę dla zabawy, a trochę z głębokiej potrzeby zmian. A jeszcze trochę z potrzeby powrotu na blogowisko. Już dawno temu Elizka napisała, że blogowanie wciąga jak lotne piaski. W swojej pracy magisterskiej nawet tego cytatu użyłam, tak mi się spodobał.

Tylko chcę zaznaczyć na początek, że to nie jest reaktywacja Poziomki. Powinnam chyba odczekać więcej czasu, żeby się ludziskom w głowie jej obraz zatarł, tylko, że nie wiem czy będę w stanie czekać tak długo. Co niektóre sztuki ludzkie mają dłuuugą pamięć, i co dziwniejsze, chcą pamiętać Poziomkę.

Tylko, że niestety, nie mogę, ani nie chcę już nią być.

Więc, Fala.
Głównie dlatego, że się miotam. Bardzo często.
Nie daję sobie czasu na wypoczynek, na padnięcie na pysk, czasami nawet na pomyślenie. żeby przypadkiem z tego myślenia się coś nie wykluło.

Pracuję z emocjami.
Tak, tak, z ludźmi też, ale przede wszystkim z emocjami.
Ze swoimi własnymi nie daję sobie rady. Lepiej mi idzie zachować zimną krew, gdy widzę te emocje u kogoś.

Faluję między Polską a Stanami. Między domem tu i domem tam. Między przeszłością a teraźniejszością.

Popycham innych. Często zgrzytając przy tym zębami.
Czasami zwalniam i daję sobie czas na czułość.
Czasami uderzam bez litości. Przeważnie w siebie.

I tak sobie faluję