Wirusy przylazły rodzinnie i grupowo. Z walizkami, tobołkami, pudełkami i młodym pokoleniem w wózkach. Przybyły na nowe włości, rozejrzały się, pokręciły wirusowymi łbami, pomarszczyły nosy i polazły w cholerę szukać przyjemniejszego miejsca. Wygląda na to, że jedynym osobnikiem który chce się do mnie wprowadzić jest Dziadek (o matko, jaki ja muszę mieć wybitnie paskudny charakter!!!)
W ramach rehabilitacji pogrypowej wygłaskiwałam podłogę w nowym mieszkanku. Papierem ściernym, mokrą szmatką, lakierem i apiać od początku. W miedzyczasie snułam refleksje na temat wpływu cieżkiej pracy fizycznej na moją psychofizykę, czy coś w tym stylu. Potem przerzuciłam się na tematy religijne aż w końcu doszłam do wniosku, że chęć posiadania pięknej podłogi jest ciężkim grzechem, za który pokutuję na kolanach przez dzień cały.
Po czym poszłam na obiad.
W trakcie mojej konsumpcji Lew wparował do nowiutkiego mieszkania w butach na których znajdowało się z pół kilo piachu.
Za mało, jak widać pokutowałam. Idę pokutować dalej.
Aha, święta mi się pomieszały i zamiast dziękować, mam takie jedno życzenie dla samej siebie - żebym umiała patrzeć na to wszystko co się dzieje nie jak na dopust Boży, nie jak na karę za wydumane grzechy, lecz jak na punkt zwrotny, na szansę odmiany na lepsze.
I powodzenia sobie życzę.
niedziela, 22 listopada 2009
czwartek, 19 listopada 2009
Plan
Wczoraj wieczorem zaczęło mnie łamać w kościach.
Przemęczenie?
Grypa?
Czy może zwyczajna starość?
Rzecz jasna wolałabym to ostatnie. Przy grypie czy zmęczeniu należałoby podjąć jakieś środki zaradcze. Odpocząć, czy może nawet podszpikować się chemią. Na starość nic nie poradzę. Zasiadam w fotelu bujanym z robótką w łapach i czekam sobie na wnuki. Wspominam bajeczki i gry z dzieciństwa, lub wymyślam nowe. Spokojnie godzę się z losem, a otoczenie cierpi mając na karku coraz bardziej zramolałą wariatkę.
Może i posnułabym te piękne myśli gdyby nie awaria metra dziś o poranku. Wymarzłam się potężnie na licznych peronach aż dotarłam do pracy głodna, spóźniona, zmęczona, niedokofeinowana i ze stadem szalejących wirusów w organiźmie. Trzymałam france w szachu póki mogłam, ale w końcu napatoczyła im się okazja, której nie mogły przepuścić.
Z drugiej strony... od przyszłego tygodnia do końca bierzącego roku szykują się wycieczki, wypady i imprezy i to w sporej, jak na mnie dawce. Postanowiłam reanimować moje dawno zmarłe i pogrzebane życie towarzyskie, a w dodatku inicjatywa wyszła od kogoś, kogo bardzo lubię a nie widziałam od miesięcy, jeśli nie dłużej. Wstyd straszliwy się przyznawać, zważywszy, że mieszka dokładnie na przeciwko Lwa.
Plan jest taki - idę chorować, potem imprezuję na całego a zramolenie musi jeszcze trochę poczekać (i w tym momencie ludzie, który muszą ze mną często przebywać wydają z siebie westchnienie ostrożnej ulgi).
Przemęczenie?
Grypa?
Czy może zwyczajna starość?
Rzecz jasna wolałabym to ostatnie. Przy grypie czy zmęczeniu należałoby podjąć jakieś środki zaradcze. Odpocząć, czy może nawet podszpikować się chemią. Na starość nic nie poradzę. Zasiadam w fotelu bujanym z robótką w łapach i czekam sobie na wnuki. Wspominam bajeczki i gry z dzieciństwa, lub wymyślam nowe. Spokojnie godzę się z losem, a otoczenie cierpi mając na karku coraz bardziej zramolałą wariatkę.
Może i posnułabym te piękne myśli gdyby nie awaria metra dziś o poranku. Wymarzłam się potężnie na licznych peronach aż dotarłam do pracy głodna, spóźniona, zmęczona, niedokofeinowana i ze stadem szalejących wirusów w organiźmie. Trzymałam france w szachu póki mogłam, ale w końcu napatoczyła im się okazja, której nie mogły przepuścić.
Z drugiej strony... od przyszłego tygodnia do końca bierzącego roku szykują się wycieczki, wypady i imprezy i to w sporej, jak na mnie dawce. Postanowiłam reanimować moje dawno zmarłe i pogrzebane życie towarzyskie, a w dodatku inicjatywa wyszła od kogoś, kogo bardzo lubię a nie widziałam od miesięcy, jeśli nie dłużej. Wstyd straszliwy się przyznawać, zważywszy, że mieszka dokładnie na przeciwko Lwa.
Plan jest taki - idę chorować, potem imprezuję na całego a zramolenie musi jeszcze trochę poczekać (i w tym momencie ludzie, który muszą ze mną często przebywać wydają z siebie westchnienie ostrożnej ulgi).
środa, 18 listopada 2009
piątek, 13 listopada 2009
Część druga i bynajmniej nie ostatnia
Wczoraj wieczorem Poffalona dostała zadanie odcinania pasków w sypialni.
Zanim co poniektórym dziwne skojarzenia przyjdą do głowy śpieszę wyjaśnić, że odcinanie polega na malowaniu tych framentów ścian dokąd wałkiem się nie sięgnie i trzeba pędzlastego użyć.
Lew pokrywał powierzchnie wielkie, a Poffalona dostała sprzęt włochaty, wiaderko barwnika w kolorze morskim (jak morska fala) i próbny fragmencik przy famudze okiennej do poćwiczenia. Aha, i zadanie bojowe dostała, by samej framugi nie malować, tylko ścianą przytykającą.
Po krótkiej chwili malowania
- Wiesz, postaraj się nie malować tego okna tak bardzo
- Właśnie się staram i tylko dlatego to wygląda tak jak wygląda a nie o wiele gorzej.
Dopiero po jakimś czasie "złapałam dryg", bo malowanie pędzlastym odrobię jednak się różni od malowania sobie fragmentów twarzy, z czym częściej mam do czynienia. Taka nieco inna technika.
Poza tym Lew nie pozwalał mi się skupić na nauce bo co chwila jakieś rechoty mu się z paszczy wyrywały. Nie wiem dlaczego, strasznie go bawi widok mojej osoby skupionej na jakimś zajęciu manualnym. Tak samo rechocze widząc mnie z drutami w ręce (tylko ciszej i z dystansu), przy smarowaniu chleba masłem, przy wbijaniu gwoździ...
Ki diabeł?????????
Zanim co poniektórym dziwne skojarzenia przyjdą do głowy śpieszę wyjaśnić, że odcinanie polega na malowaniu tych framentów ścian dokąd wałkiem się nie sięgnie i trzeba pędzlastego użyć.
Lew pokrywał powierzchnie wielkie, a Poffalona dostała sprzęt włochaty, wiaderko barwnika w kolorze morskim (jak morska fala) i próbny fragmencik przy famudze okiennej do poćwiczenia. Aha, i zadanie bojowe dostała, by samej framugi nie malować, tylko ścianą przytykającą.
Po krótkiej chwili malowania
- Wiesz, postaraj się nie malować tego okna tak bardzo
- Właśnie się staram i tylko dlatego to wygląda tak jak wygląda a nie o wiele gorzej.
Dopiero po jakimś czasie "złapałam dryg", bo malowanie pędzlastym odrobię jednak się różni od malowania sobie fragmentów twarzy, z czym częściej mam do czynienia. Taka nieco inna technika.
Poza tym Lew nie pozwalał mi się skupić na nauce bo co chwila jakieś rechoty mu się z paszczy wyrywały. Nie wiem dlaczego, strasznie go bawi widok mojej osoby skupionej na jakimś zajęciu manualnym. Tak samo rechocze widząc mnie z drutami w ręce (tylko ciszej i z dystansu), przy smarowaniu chleba masłem, przy wbijaniu gwoździ...
Ki diabeł?????????
czwartek, 12 listopada 2009
Chomik wędrowny czyli Fala w trakcie przeprowadzki - część pierwsza
Lwisko uraczyło mnie wczoraj takim tekstem: "Przez dwa tygodnie zdążysz się przeprowadzić, choćbyś tylko po szklance dziennie przenosiła". Wynika z tego, że mój dobytek składa się li i jedynie z trzynastu lub mniej szklanek.
Zastanawiam się dogłębnie, czy przebywając w moim mieszkaniu, Lew ma cały czas zamknięte oczy. A może to taka forma selektywnego niewidzenia????????
Zasadniczo wiem jaka była geneza owego dziwnego zdania. Korzystając z okazji, że mieszkanie docelowe jest puste, Lew sugeruje poważne prace odnawiające na wszelkich powierzchniach płaskich i falistych (oprócz mojej powierzchni, na odnawianie której nie mogę jakoś znaleźć czasu).
Farby, lakiery, podkłady, utwardzacze, sprzęt elektryczny i profesjonalne narzędzia zajmują obecnie miejsce gdzie powinny się znajdować moje "szklanki". Za ścianą natomiast, Dziadek stopniowo donosi swoje rzeczy, "bo niby na co ma czekać, a potem latać ze wszystkim jak kot z pęcherzem". Mieszkanie obecne puchnie i na szwach pojawiają się pęknięcia, a mnie ssie potężnie, żeby choć kilka "szklanek" przenieść już teraz.
Nie ma szans!!! Lew jest w swoim żywiole i szlaban na przenosiny zalożył. Przyzwyczajony do pracy w pustych przestrzeniach gdzie wiatry hulają, szczerze nienawidzi zbędnych rzeczy plączących mu się po jego poletku doświadczalnym.
Póki co w mieszkaniu poruszam się ostrożnie i falistymi ruchami ciała omijam liczne przeszkody. Wszelkimi siłami hamuję Dziadkowe zapędy by już meble przenosić. Chyba że znajdę sposób, by je na suficie popodwieszać.
Takie przeżycia mogą spowodować u mnie klaustrofobię nabytą, a kolejna choroba psychiczna doprawdy nie jest mi do niczego potrzebna.
Zastanawiam się dogłębnie, czy przebywając w moim mieszkaniu, Lew ma cały czas zamknięte oczy. A może to taka forma selektywnego niewidzenia????????
Zasadniczo wiem jaka była geneza owego dziwnego zdania. Korzystając z okazji, że mieszkanie docelowe jest puste, Lew sugeruje poważne prace odnawiające na wszelkich powierzchniach płaskich i falistych (oprócz mojej powierzchni, na odnawianie której nie mogę jakoś znaleźć czasu).
Farby, lakiery, podkłady, utwardzacze, sprzęt elektryczny i profesjonalne narzędzia zajmują obecnie miejsce gdzie powinny się znajdować moje "szklanki". Za ścianą natomiast, Dziadek stopniowo donosi swoje rzeczy, "bo niby na co ma czekać, a potem latać ze wszystkim jak kot z pęcherzem". Mieszkanie obecne puchnie i na szwach pojawiają się pęknięcia, a mnie ssie potężnie, żeby choć kilka "szklanek" przenieść już teraz.
Nie ma szans!!! Lew jest w swoim żywiole i szlaban na przenosiny zalożył. Przyzwyczajony do pracy w pustych przestrzeniach gdzie wiatry hulają, szczerze nienawidzi zbędnych rzeczy plączących mu się po jego poletku doświadczalnym.
Póki co w mieszkaniu poruszam się ostrożnie i falistymi ruchami ciała omijam liczne przeszkody. Wszelkimi siłami hamuję Dziadkowe zapędy by już meble przenosić. Chyba że znajdę sposób, by je na suficie popodwieszać.
Takie przeżycia mogą spowodować u mnie klaustrofobię nabytą, a kolejna choroba psychiczna doprawdy nie jest mi do niczego potrzebna.
piątek, 6 listopada 2009
Przeprowadzka
Świat realny i wirtualny. Czasami mieszają się ze sobą, czasami wzajemnie znoszą (lub nie). Jako że teraz real wymaga ode mnie więcej czasu i wysiłku, blog na moment lub dwa musi pójść w odstawkę.
Do podwójnej przeprowadzki zostałam niejako zmuszona przez Siły Wyższe. Nikt mnie co prawda z mieszkania nie wyrzuca, ale sytuacja jest jaka jest i przenosiny wydają się lepszą alternatywą niż pozostanie. Zresztą przeprowadzkę osobistą traktowałabym jak świetną przygodę. Przenosiny Babci i Ptyisńskiego (bo konfiguracja rodzinna się nie zmienia) mniej mnie bawią, ale najgorszy askpekt to przenosiny Dziadka. Będziemy oto mieszkać przez ścianę. I w tym momencie zaczynają zimne dreszcze po mych plecach latać. „Przez ścianę” oznacza zacieśnienie kontaktów, czego przez wiele lat konsekwnetnie unikałam, bo może nie wyjść nam na zdrowie.
Tym niemniej wydłubałam z siebie optymizm. Przeprowadzka to początek nowego etapu a przede wszystkim okazja do pozbycia się choćby części balastu.
Niestety, obie z Babcia mamy tendencję do chomikowania i gromadzenia rzeczy na tak zwany zaś. „Zaś” potrafi płatać figle, nie nadchodzić całymi latami, a potem, gdy stracę cierpliwość i zachomikowaną rzecz wyrzucę, pojawia się w pełnej krasie, szczerząc złośliwie zębiska. Takie „zasie” Babcia potrafi mi wypominać z gorzkim wyrzutem prze wiele miesięcy po fakcie. Zauważyłam jednak, że „zasie” nie są stadne. Jeśli wyrzuci się odpowiednio dużą ilość rzeczy, istnieje spore prawdopodobieństwo, że kilka z nich było istotnie nieprzydatnych i zostało słusznie wyrzuconych.
Kilka przeprowadzek zaliczyłam, w tym ostatnią całkowicie samodzielnie. Do dziś pamiętam jak dusząc w sobie wściekłość na eks-męża wyżywałam się na pakunkach. Pakowałam i pakowałam wszystko jak leci, a potem nagle przyszła refleksja – „przeciesz ja ten cyrk będę musiała własnymi ręcami i na własnych plecach dzwigać!!!” Od razu zmieniła mi się optyka i większość otaczających mnie gratów uznałam za całkowicie niepotrzebne. Pakowałam nadal, ale bardziej w stronę kosza na śmieci a wynosząc torbę za torbą do zsypu pocieszałam się o ile jest mi bliżej i wygodniej, niż wywozić to do nowego mieszkania.
Wiem, że chomicze upodobania nie pozwolą mi długo cieszyć się pustami półkami i luzem w szufladach, ale w okolicy kolejnych dwóch lat, szykuje się kolejna przeprowadzka, więc może nie zdążymy obrosnąć tak bardzo.
Do podwójnej przeprowadzki zostałam niejako zmuszona przez Siły Wyższe. Nikt mnie co prawda z mieszkania nie wyrzuca, ale sytuacja jest jaka jest i przenosiny wydają się lepszą alternatywą niż pozostanie. Zresztą przeprowadzkę osobistą traktowałabym jak świetną przygodę. Przenosiny Babci i Ptyisńskiego (bo konfiguracja rodzinna się nie zmienia) mniej mnie bawią, ale najgorszy askpekt to przenosiny Dziadka. Będziemy oto mieszkać przez ścianę. I w tym momencie zaczynają zimne dreszcze po mych plecach latać. „Przez ścianę” oznacza zacieśnienie kontaktów, czego przez wiele lat konsekwnetnie unikałam, bo może nie wyjść nam na zdrowie.
Tym niemniej wydłubałam z siebie optymizm. Przeprowadzka to początek nowego etapu a przede wszystkim okazja do pozbycia się choćby części balastu.
Niestety, obie z Babcia mamy tendencję do chomikowania i gromadzenia rzeczy na tak zwany zaś. „Zaś” potrafi płatać figle, nie nadchodzić całymi latami, a potem, gdy stracę cierpliwość i zachomikowaną rzecz wyrzucę, pojawia się w pełnej krasie, szczerząc złośliwie zębiska. Takie „zasie” Babcia potrafi mi wypominać z gorzkim wyrzutem prze wiele miesięcy po fakcie. Zauważyłam jednak, że „zasie” nie są stadne. Jeśli wyrzuci się odpowiednio dużą ilość rzeczy, istnieje spore prawdopodobieństwo, że kilka z nich było istotnie nieprzydatnych i zostało słusznie wyrzuconych.
Kilka przeprowadzek zaliczyłam, w tym ostatnią całkowicie samodzielnie. Do dziś pamiętam jak dusząc w sobie wściekłość na eks-męża wyżywałam się na pakunkach. Pakowałam i pakowałam wszystko jak leci, a potem nagle przyszła refleksja – „przeciesz ja ten cyrk będę musiała własnymi ręcami i na własnych plecach dzwigać!!!” Od razu zmieniła mi się optyka i większość otaczających mnie gratów uznałam za całkowicie niepotrzebne. Pakowałam nadal, ale bardziej w stronę kosza na śmieci a wynosząc torbę za torbą do zsypu pocieszałam się o ile jest mi bliżej i wygodniej, niż wywozić to do nowego mieszkania.
Wiem, że chomicze upodobania nie pozwolą mi długo cieszyć się pustami półkami i luzem w szufladach, ale w okolicy kolejnych dwóch lat, szykuje się kolejna przeprowadzka, więc może nie zdążymy obrosnąć tak bardzo.
czwartek, 5 listopada 2009
Apdejcik - jak to mówi Zaba
Niki ma chłopaka (wykrakałam widać w zeszłym tygodniu). Teraz już wiem, że w takich wypadkach nie "kocha się", nie "lubi", tylko "chodzi ze sobą". Na razie owo chodzenie polega przede wszystkim na przesiadywaniu w parku, czy w ogródku i gadaniu, co też zbiło mnie z pantałyku. Dotychczas uważałam, że w chodzeniu poruszanie dolnymi kończynami jest wskazane. Będę na bierząco informować o kolejnych etapach, tłumacząc przy tym "z nastoletniego na nasze".
Po dokładnym odpytaniu Ptyśka wygląda na to, że Amelia dokleiła się do Ptysiowej grupki (on i dwóch kumpli) a jej uwaga rozkłada się mniej więcej po równo na wszystkich. Odetchnęłam w cichości ducha. "Puszka Amelii" jest, póki co, zawarta.
W tym miesiącu nastąpią dwie przeprowadzki. Moja osobista, lecz niedaleko oraz Dziadkowa na moje miejsce. Mówiłam, że bez adrenaliny nie mogę funkcjonować???
Z drugiej strony jednak potężnie lubię przeprowadzki, o czym w następnym wpisie, bo dawno wspomnieniowych nie było.
Po dokładnym odpytaniu Ptyśka wygląda na to, że Amelia dokleiła się do Ptysiowej grupki (on i dwóch kumpli) a jej uwaga rozkłada się mniej więcej po równo na wszystkich. Odetchnęłam w cichości ducha. "Puszka Amelii" jest, póki co, zawarta.
W tym miesiącu nastąpią dwie przeprowadzki. Moja osobista, lecz niedaleko oraz Dziadkowa na moje miejsce. Mówiłam, że bez adrenaliny nie mogę funkcjonować???
Z drugiej strony jednak potężnie lubię przeprowadzki, o czym w następnym wpisie, bo dawno wspomnieniowych nie było.
wtorek, 3 listopada 2009
"Love, Amelia"
W piątek, tuż przed Halloween, dziecko moje własne przyszło do do domu nieszczęśliwe. Jakiś Frankie (łobuz jeden) zabrał jego torbę szkolną. Wszystkie torby są takie same bo to szkoła prywatna, toteż niewykuczone, że Frankie się po prostu pomylił. Tym bardziej, że zostawił swoją. Ale fakt, jest faktem. Ptyśkowi nie tyle torby było żal, ile cukerków i wszelkich słodkości, którymi dzieciaki zostały obdarowane przez nauczycielki.
Odbił to sobie, co prawda na Halloween, zasuwając od domu, do domu i strasząc ludzi. Na początku z oporami i w asyscie Mamusi, ale potem już nieco śmielej. Do domu powrócił z całkiem pokaźnym łupem i tylko dlatego, że zaczęło padać.
Torbę, w dodatku z nietkniętymi przysmakami, odzyskał wczoraj. Wieczór spedziliśmy na przekomarzankach pod tytułem ile obiadu powinien zjeść zanim dopadnie te kuszące kalorie. Dla Ptysiów - niejadków takie dni jak Halloween powinny być zakazane. Może go na przyszły rok do Polski wywieźć???
Dziś rano, Ptysiasty wparował jak burza do łazienki, gdzie Mamusia akurat dokonywała porannej kąpiółki. Musiał pochwalić się karteczką, której wcześniej z nadmiaru kalorycznych wrażeń, nie zauważył. Wysunęłam mokry nos zza zasłony prysznicowej: „Have a nice Pumpkin Day!” pisało jak byk, a pod spodem ręcznie wykaligrafowane „Love, Amelia”
Pochwaliłam i zasugerowałam odwdzięczenie się rzeczonej Amelii podobną kartką. Po czym powróciłam do kąpieli majac nadzieję, że gorąca woda wypłucze zadatki na złą teściową, jakie mi w tym momencie zaczęły się ujawniać. Może i troszkę za wcześnie na zadatki, ale na „love, Amelia” też za wcześnie!!!!!
„To przez te Lwie geny” pomstowałam sobie w cichości ducha „Wiadomo, męskie, agresywne a w dodatku padły na podatny grunt. Że też nie mógł wziąść sobie tych moich, spokojniejszych?”
I w tym momencie odezwało się we mnie wspomienie, takiego jednego, co to w przedszkolu cały czas za mną łaził a na leżakowaniu zamiast spać, ciągle tylko do mnie gadał. A ten daleki kuzynek? Przyjechaliśmy kiedyś do niego, a ja z nieznanych powodów zamiast tradycyjnych mysich warkoczyków, paradowałam z rozpuszczoną szopą. Podobno straszliwie się we mnie zakochał. Nazywał mnie królewną (jako żywo nie pamiętam! Jeden, jedyny raz w życiu byłam dla kogoś królewną a tu taki zanik pamięci!!!!!) o czym mu złośliwa rodzina przez długie lata nie dawała zapomnieć. Mój Brat podobnie, co na jakąś pannę spojrzał, to... hmmm, ja tam nie wiem, dzieckiem byłam. Bratanek podobnie, czego byłam osobistym świadkiem w trakcie ostatniego pobytu w Polandii.
Mówiąc krótko, dziecko nie miało wyboru. I z tej, i z tamtej strony jakieś takie geny co się potem do zgryzoty przyczyniają.
Ale pocieszenie – skoro ja się z czasem wyrobiłam, to może i on się wyrobi?
Odbił to sobie, co prawda na Halloween, zasuwając od domu, do domu i strasząc ludzi. Na początku z oporami i w asyscie Mamusi, ale potem już nieco śmielej. Do domu powrócił z całkiem pokaźnym łupem i tylko dlatego, że zaczęło padać.
Torbę, w dodatku z nietkniętymi przysmakami, odzyskał wczoraj. Wieczór spedziliśmy na przekomarzankach pod tytułem ile obiadu powinien zjeść zanim dopadnie te kuszące kalorie. Dla Ptysiów - niejadków takie dni jak Halloween powinny być zakazane. Może go na przyszły rok do Polski wywieźć???
Dziś rano, Ptysiasty wparował jak burza do łazienki, gdzie Mamusia akurat dokonywała porannej kąpiółki. Musiał pochwalić się karteczką, której wcześniej z nadmiaru kalorycznych wrażeń, nie zauważył. Wysunęłam mokry nos zza zasłony prysznicowej: „Have a nice Pumpkin Day!” pisało jak byk, a pod spodem ręcznie wykaligrafowane „Love, Amelia”
Pochwaliłam i zasugerowałam odwdzięczenie się rzeczonej Amelii podobną kartką. Po czym powróciłam do kąpieli majac nadzieję, że gorąca woda wypłucze zadatki na złą teściową, jakie mi w tym momencie zaczęły się ujawniać. Może i troszkę za wcześnie na zadatki, ale na „love, Amelia” też za wcześnie!!!!!
„To przez te Lwie geny” pomstowałam sobie w cichości ducha „Wiadomo, męskie, agresywne a w dodatku padły na podatny grunt. Że też nie mógł wziąść sobie tych moich, spokojniejszych?”
I w tym momencie odezwało się we mnie wspomienie, takiego jednego, co to w przedszkolu cały czas za mną łaził a na leżakowaniu zamiast spać, ciągle tylko do mnie gadał. A ten daleki kuzynek? Przyjechaliśmy kiedyś do niego, a ja z nieznanych powodów zamiast tradycyjnych mysich warkoczyków, paradowałam z rozpuszczoną szopą. Podobno straszliwie się we mnie zakochał. Nazywał mnie królewną (jako żywo nie pamiętam! Jeden, jedyny raz w życiu byłam dla kogoś królewną a tu taki zanik pamięci!!!!!) o czym mu złośliwa rodzina przez długie lata nie dawała zapomnieć. Mój Brat podobnie, co na jakąś pannę spojrzał, to... hmmm, ja tam nie wiem, dzieckiem byłam. Bratanek podobnie, czego byłam osobistym świadkiem w trakcie ostatniego pobytu w Polandii.
Mówiąc krótko, dziecko nie miało wyboru. I z tej, i z tamtej strony jakieś takie geny co się potem do zgryzoty przyczyniają.
Ale pocieszenie – skoro ja się z czasem wyrobiłam, to może i on się wyrobi?
niedziela, 1 listopada 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)