czwartek, 25 lutego 2010

Nagane od Dosicy dostałam, więc się poprawiam

Rozwaliłam się w pozycji “na grabki i łopatki” na pracowym fotelu i wzdycham (nie mylić ze zdychaniem, bo w zeszłym tygodniu odpracowałam). Po trzech intensywnych dniach tłuczenia w klawiaturę, tudzież latania z wywieszonym jęzorem, dopadła mnie wena na spanie. Pogoda do doooooopy. Pochmurno, nudno, mokry śnieg pada z nieba psując mi nastrój totalnie.
Dobra, nie tylko pogoda – jeden taki dupek żołędny od kilku miesięcy gra na nerwach mi i całej rodzinie. Teoretycznie pełni funkcję dozorcy na budynku gdzie się zainstalowaliśmy. Dozorca to nie taka znowu ważna posada, a i wiąże się z pewnymi obowiazkami wobec mieszkańców. Olewanie cepłym moczem różnych awarii nie jest mile widziane. Nie usprawiedliwa też chamstwa ani wody sodowej pod ciśnieniem. Nie usprawiedliwia braku elementrnego szacunku dla drugiej osoby ani rzucania kalumni. Mam już szczerze dosyć przepychanek i złośliwostek z jego strony. Zbieram dokumentację i idę sku...bańca podać do sądu. Będzie co ma być, a może uda mi się odrobinę wyhamować to wredne nadęcie.

Na poprawę humoru - pytam się Dziecięcia mojego Słodkiego co by sobie życzyło na śniadanie.
- Chlebek z masełkiem i synkiem – pada tekst.

Naoglądał się filmów z ogrami pożerającymi potomstwo, czy co???

PS: mialo być „z szynką”, ale jakoś mu rodzaj męski bardziej pasował, a że „sz” jeszcze nie wymawia, to i „synek” wyszedł.

wtorek, 9 lutego 2010

Pada sobie śnieżek, pada sobie równo...

Mam swoje własne i prywatne przeżywanie wiosny.
Przeglądam garderobę, czy zeszłoroczne lżejsze ciuszki nadają się jeszcze do pokazania światu. Dostaję lekkiego szwungu na zakupy (patrz powyżej). Unowocześniam fryzurę. Organizuję jakoweś remonty czy gruntowne sprzątania.
W tym roku dojdzie mi jeszcze ogrodowski. Nie mam upodobań do ciapania się w ziemi i maltretowania roślinek moją „opieką”, ale Dziadek strzela focha, więc chcąc-nie chcąc, muszę się podjąć zadania.
No dobrze, psychicznie jestem gotowa.
Tylko skąd, jasny gwint, tyle śniegu za oknem???!!!

wtorek, 2 lutego 2010

Muszę się turlać dalej

Drugi dzień wolnego z pracy i kolejny dzień pracowitego zamulania mózgu, żeby nie myśleć za bardzo. Tylko wtedy, gdy mam dużo do roboty, albo wręcz przeciwnie, oddaję się jakiemuś odmóżdzającemu zajęciu, nie daję się wciągnąć w karuzelę pytań bez odpowiedzi.

W zeszły czwartek mój wujek popełnił samobójstwo.
Szok przeszedł po rodzinie. Kto jak kto, ale nie ON!!! Najmłodszy z rodzeństwa, ale z racji charakteru był stabilną podstawą całej rodziny. Zycie nie oszczędzało mu ciosów, ale był zawsze wsparciem dla najbliższych. Gubiliśmy się w domysłach, ale prawda okazała się brutalnie prosta - choroba psychiczna. Ta sama która krąży po genach całej rodziny, sądząc z zachowania co niektórych. Wiedzieli tylko najbliżsi. Co przeżyli, nawet nie chcę sobie wyobrażać. Pewne rzeczy wychodzą dopiero teraz. Pewne zdarzenia i zachowania dopiero teraz zaczynają mieć sens. Leczyli go, a jakże, ale czy leczenie było nietrafione, czy za późno i choroba była już byt zaawansowana, tego nikt nie wie.
Podkopało mi to wiarę w to co wiedziałam, o sobie, o swojej rodzinie, o leczeniu, o własnej intuicji i o tym jak zapobiegać tragediom w rodzinie.
Tak jakbym potrzebowała jeszcze jednego pretekstu, żeby chcieć sobie wydłubać co niektóre geny.

Jakby na przekór życie nie dość, że toczy się dalej, to jeszcze jakoś łagodniej się pod nogi układa.
Facet, który mnie podał do sądu nie pojawił się na rozprawie, zdejmując mi tym samym potężny problem z głowy.
Forsa na naprawę Ruiny nie wyrosła, jak grzyby po deszczu,ale powolutku daje się wydłubywać.
Mimo że wpuściłam ostatnio do pracowego kompa 34 wirusy, podobno całą treść (a co najważniejsze moje prywatno-pamiętnikowe zapiski) dało się odzyskać. Osobisty lapek przeżył przeprowadzkę. Instalacja pociągnęła za sobą wyczyszczenie wszystkich zapisanych stron internetowych z moim e-mailem włącznie, ale nie przejęłam się. Wszystko to jest do odtworzenia.
Dziadek zmiękł i znormalniał (rany, co za ironia losu!!!), Dziecko nie szaleje bardziej niż zwykle. Zauważyłam, że pieczenie jakoś dobrze mi robi na psychikę i popełniłam z Ptyśkowatym jabłecznik. Ptysiek uwielbia ubijać jajka, mieszać i sypać mąką, niekoniecznie do miski, aż trzeba hamować dzikie zapędy i oboje mamy z tego pyszną zabawę.
Minął mi paraliż na pisanie.
Sporo pozytywów, jakby na to nie spojrzeć.

I tak się toczy.