wtorek, 31 sierpnia 2010

Przed-wrześniowo

Niestetyyyyyy, napięty budżet programu nie przewiduje atrakcji w postaci plazmy na ścianie.
Może i dobrze. Nigdy nie wiadomo co takiej Fallistej do głowy strzeli i mogłaby w przypływie niepraworządności spróbować ją rąbnąć, a potem skutki opłakane i opalnie się przez okienko w gustowną kratkę.

Na goryla, czyli asystę sesjową, też nas nie stać. A ja i tak nie lubię jak mi ktoś przez ramię zagląda (no chyba, że Ktoś. Jemu jeszcze pozwolę)
Ktoś zresztą niezłe sugestie zapodał. Samochodowe nieco, a ja się na mechanice nie znam, ale z tego co wykumałam, mam pójść do pana mechanika, coby mi olej sprawdził, a potem zacząć upijać klientów po tajniacku. Dla mnie bomba!!! Napojeni promilami będą mi się uzwnętrzniać bez oporu, a po ostatniej sesji będę wracać jak ostatnio Czarnula z pewnego wesela.
Nim jednak piękna wizja się sprawdzi, potrzebny jest ten "olej".
Oleję więc, bo mam insze rzeczy na głowie, i praca ze swoimi falistymi dołkami musi zejść na plan dalszy.

Rok szkolny się zaczyna i przygotowania do niego trwają i trwaja. Babcia z Dziadkiem nie dadzą Dziecku mojemu o tym zapomnieć i co chwilę puszczają teksty w stylu "jak szkoła się zacznie to nie będziesz miał czasu na zabawę, czy oglądanie telewizji". Ostatnio, nieco poddenerwowana, zaproponowałam Babci, żeby wykrzesała może odrobinę optymizmu i entuzjazmu, bo inaczej mi Dziecko stanie stadem okoni i odmówi pójścia do tej wstrętnej szkoły która go pozbawia czasu na rozrywki. A jak jeszcze się zorientuje, że w odróżnieniu od większości rówieśników, czeka go nauka w sobotniej polskiej szkole, to w ogóle będzie wybuch dąsów i płaczów. Babcia obiecała zdobyć się na dyplomację i nawet wzięła Dzieciastego na zakupy. Bąbel z dumą przytargał z nich łup w postaci bajeranckich butów i szkolnego plecaka - oba z Zygzakiem McQueenem. Sam wybierał.

Oprócz szkół, urodziny trzeba Ptysiastemu organizować. Jak zwykle, mam szeroko zakrojone plany, które życie, brak czasu i gotówki brutalnie zweryfikują. Ale wąsko zakrojone plany życie też weryfikuje, to co sobie będę planów żałować.

Najbliższy weekend spędzam na ostatnim w tym sezonie weselu. Przez czysty przypadek zostałam sprzedana czarnemu do limuzyny. Zabrakło jednej baby do orszaku znaczy się. Zaginęła gdzieś po drodze z Kanady i znaku życia nie daje. Panna młoda we łzach (nie wiem czemu, doprawdy, ale od mojego ślubu trochę lat minięło i obrosłam twardą skórą). Dla zaginiętej Kanadyjki pozostała kiecka szyta na zamówienie. I tu się chyba niebiosa nad płaczącą panną młodą zlitowały, bo kiecka leży na mnie tak jak powinna, gwałcąc zarówno prawa fizyki jak i prawdopodobieństwa. Ale widocznie tak miało być, toteż załapałam się do orszaku i będę limuzyną się szlajać. A partnera mam wielce ciemnoskórego.

W czwartek rano, poproszę życzliwych, żeby trzymali kciuki i posyłali dużo życzeń powodzenia w kierunku Konsulatu Hamerykańskiego we Stolicy. O dziesiątej rano bowiem mój Brat z Bratankiem stają w kolejce po wizę do ślicznego Jueseja. Niech Szanownemu Panu, czy Pani Konsul zdrowie i humorek dopisuje i niech im daje emigracyjne błogosławieństwo.
Amen

czwartek, 26 sierpnia 2010

Górki i dołki

Górki i dołki, i znów górki i dołki.
O pracy mówię, bo zaraza ma niemały wpływ na moje samopoczucie. No sooo poradzę, że chcę być w tym co robię dobra?!!!

Usłyszałam, że klienci odbierają mnie jako osobę chłodną i niezaangażowaną. Ze nie wyczuwają troski i zainteresowania ich problemami i dlatego przestają przychodzić. Terapia jest dobrowolna, ale mamy coraz mniej nowych spraw. Natomiast stare powolutku się wykruszają. Albo wykruszają szybciej. Przeze mnie.

Zabolało jak jasna cholera.

Uwierzyłam i dostałam doła. Wziełam swoją psychikę pod lupę i spróbowałam coś zmienić. Bardziej uważać na to co mówię klientom, bardziej uważać na siebie i analizować swoje reakcje. Usprawnić notatki, żeby lepiej było widać moje interwencje w trakcie sesji.

A w międzyczasie te słowa żarły mnie od zewnątrz.

Siadałam do sprawozdań z sesji i następował absolutny paraliż palców. Nie mogłam napisać zdania, bo w mojej głowie kłębiły się pytania, czy tak należało zrobić, czemu nie zareagowałam lepiej, czy mądrzej, czy ludzie dobrze odczytali moje intencje, czy znów ktoś tam uznał, że to nie to czego oczekuje.

Słowem, każda odrobina pewności siebie jaką miałam w zanadrzu, spłynęła sobie do ścieków.

Tak się po prostu nie da.

Sesje prowadzę sama. Mogę mieć jakieś ogólne wytyczne, czy sugiestie, ale w praktyce nie zawsze da się kierować tymi wskazówkami. Często trzeba improwizować bazując na wiedzy, praktycznym doświadczeniu, a chyba najbardziej na obserwacji i intuicji. Mowa ciała, i drobne reakcje pomagają wyczuć czy moje słowa trafiają do ludzi, czy będą puszczone mimo uszu. Paraliż i totalne zwątpienie w siebie blokują te umiejętności.

No, się nie da i koniec.

Gdy powolutku pokonałam zwątpienie i zaczęłam wierzyć, że coś robię dobrze - temat wrócił jak wredny bumerang i znów ściął mnie z nóg. Dopóki nie zdawałam sobie sprawy, że coś robię nie tak, mogłam znaleźć dla siebie jakieś usprawiedliwienie. Ale gdy już jestem świadoma, staram się naprawić i wydaje mi się, że dobrze mi idzie, a okazuje się, że to wcale nie przynosi pożądanych skutków - wtedy sytuacja wygląda całkiem inaczej. Wniosek nasuwa się sam - choćby nie wiem co, nie daję rady. Znaczy - nie nadaję się do zawodu. I tyle.

Następny dołek, następne ataki paraliżu i następne mozolne wykopywanie się.

Ciężko mi zaakceptować fakt, że zawód, który uważałam za niemal dla mnie stworzony, okazał się złym wyborem. Ostatecznie chodziłam do szkoły plus miałam praktyki. Nic nie sugerowało, że mogę się nie nadawać. Poza tym, zawsze uważałam, że jeśli czegoś tak naprawdę potężnie chcę się nauczyć, to nie ma siły, kóra by mnie powstrzymała.
To znaczy nie było do teraz.

Postanowiłam dać sobie jeszcze jeden rok.
Znów zainwestuję wszystkie swoje siły i energię, obłożę się literaturą fachową i dam z siebie ile mogę dać.

Jeśli nic się nie zmieni - uznam że straciłam kilka lat, zmienię zawód i szukam nowej pracy.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Poniedziałkowo

Poffalona wyszalała się na kolejnym weselu i przetrwała kolejny "dzień po".

Troszkę mało muzyczki było, bo wróciłam w butach na kończynych dolnych, a nie w zębach, jak to być powinno. Wróciłam też w pozycji pionowej, i to nawet nie słaniając się specjalnie. Nie narzekam, wystarczy, że Lwi Ssak się słaniał. Ktoś musiał pilnować. Swoją drogą jakim cudem? Piliśmy po równo, jedliśmy to samo i tańczyliśmy wspólnie. Jego ścięło jak leliję, a ja dostałam tylko różowego humorku. Może się uodparniam na promile?

Praca ryczy oślim głosem. W piątek zaniedbałam, produkując długaśne posty, a dziś - no nie chce mi się!!! Ma ktoś na zbyciu wiaderko chęci?
Powód jest prosty - jestem emocjonalnie zmęczona tą robotą. Jedyna rada jaką zdołałam sama wykoncypować to praca fizyczna. Nie ma problema. Będzie tego sporo. Szeroko zakrojone plany remontowo-budowlane czekają, merdając ogonami.

Z kopyta ruszyły sprawy imigracyjne. I u nas, i u Lwa, co najśmieszniejsze. Mam mieszane uczucia i jedyne co wiem na pewno to fakt, że będzie to rok wielkich zmian. Albo dwa lata. Albo dziesięciolatka.
Cóż, na niewiele rzeczy mam wpływ. Będzie trzeba po prostu przetrwać i się dostosować.

Idę poszukać wiaderka chęci. Albo choćby kawy!

piątek, 20 sierpnia 2010

Co można załatwić przy pomocy dziecka?

Można "załatwić" sobie podłogę, jak to już kiedyś pisałam. Można też "załatwić" sobie lampę albo dwie.
Pogrom elektryczny nastąpił ostatnio w domostwie. Rozwleczony w czasie na kilka tygodni, ale jednak.
Ptyśkowaty wspinał się na oparcie zielonej sofki, ale cuś mu się kończyna zaplątała. Złapałam go nim doleciał do ziemi i ustabilizowałam, jednak nie zdołałam złapać lecącej w tym samym kierunku i w tym samym czasie lampy. Klosz z grubaśnego, mlecznego szkła w śliczne esy-floresy (hłe, hłe, hłe, a tak mi się podobał) nie zdzierżył styku z podłogą. Dziecię w ryk, ale tylko ze strachu, bo nic mu się nie stało, ani nawet kara nie nastąpiła, tylko pogaduszka długo potem.
Lampa wygląda jak łysa pała, bo nie mam czasu po sklepach za nowym kloszem latać.


Drugą lampkę, szklany baniaczek przyłóżkowy, załatwił pluszakiem. Nigdzie nie spadała. Ot, pchnięta lekko latającą zabawką przesunęła się szczyptę na ścianę, tracąc nagle fragment swojej baniakowatości. Jak wspominałam, nie mam czasu latać i.t.d.

Mam nadzieję, że z dziwnymi "figlami" mojego kompa, tudzież lampy sufitowej w sypialni, Małoletni nie ma nic wspólnego, bo znaczyłoby to, że mi pod bokiem genialny elektryczny psuj rośnie. Poważni Panowie Fachowcy się głowią co też się z onymi urządzeniami dzieje, że działać nie chcą .

Przy pomocy dziecka można jednak załatwić i Bardzo Ważne Dokumenty.
Nie wdając się w szczegóły, sytuacja wynikła taka, że Babcia, Dziadek oraz niżej podpisana musieli się zgłosić z makulaturą do bankowego notariusza. Oczywiście jak najprędzej, bo kary pieniężne wisiały nad głowami jak chmury gradowe. Babcia z Dziadkiem, jako osobniki niepracujące w pełnym wymiarze godzin, nie mieli problemu wybrać się do banku, ale już z Poffaloną był konkretny zgrzyt czasowy. W trakcie czynności odpłatnych dostałam naglący telefon od Babci, że oni swoje podpisy już odfajkowali, a ja, choćby nie wiem co, mam się zgłosić do banku przed godziną 18, zapytać o niejakiego Alexa, który jest obeznany z sytuacją, i swój gryzmoł postawić tam gdzie trzeba.
Byłam na drugim końcu Brooklynu.
Miałam poumawianych klientów.
W drodze do banku musiałam obowiązkowo wstąpić do domu po dowód tożsamości i makulaturę.
Upał jak cholera, ja głodna jak Smok Wawelski na pustyni, a komórka właśnie zapowiada padnięcie z powodu braku baterii.

W potężnym stresie wpadłam do banku na piętnaście minut przed zamknięciem i pytam o Alexa. Okazało się, że go nie ma. Wyszedł sobie wcześniej. Miła babeczka dopytała się o co chodzi, widząc zapewne i mord i rozpacz w moich oczach, przemieszane w proporcjach pół na pół. Zaproponowała mi poczekanie na inną panią, która pewnie zdoła mi pomóc. Klapnęłam na krzesełko służbowe, tuż obok stanowiska tej miłej babeczki, której plakietka zdradzała imię Denise.
Nagle Denise pyta mnie czy znam tego milutkiego i cudownego facecika wzrostu metr z kawałkiem, który towarzyszył moim rodzicom dzisiaj rano. Milutkich i cudownych znam kilku, ale tego wzrostu, może być tylko jeden na całym świecie. Przyznałam się do Potomka z entuzajmem i zostałam zalana wręcz pochwałami na jego temat. Jaki uprzejmy, jaki grzeczny, jaki ma śliczny uśmiech, jak się z nią bawił w chowanego...
Pogadałyśmy sobie radośnie na temat Potomka, dzieci ogólnie, robienia na drutach, Potomka i jeszcze raz Potomka.
Denise poszła ze mną do owej zastępującej Alexa pani. Pani szarpnęła mi nieco nerwem domagając się sprawdzenia konta zanim pozwoli mi się podpisać. Gdy usłyszała, że konto nie należy do mnie, zaczęła kręcić nosem i wyrażać wątpliwości ale Denise zainterweniowała błyskawicznie.
- Słuchaj, to jest mama tego ślicznego chłopczyka, który dzisiaj tutaj był. Wszystko już jest załatwione, ona ma się tylko podpisać. Nie utrudniaj jej, bo ona musi wracać do domu, do swojego synka. Widziałaś jaki on fajny? A jaki grzeczny!
Wobec takiego dictum, pani skapitulowała. Podpisałam bez zbędnych formalności i opłat niezmiernie wdzięczna Denise za pomoc.
Oraz oczywiście Potomkowi, za to że jest jaki jest!!!

czwartek, 19 sierpnia 2010

Stygimoloch

Wydłubuję się powolutku z błota marazmu i bezradności.
Przy sporej pomocy alkoholu, muszę przyznać.
Jakby co, tutaj AA też istnieją, choć może nie zdążę popaść w nałóg, tylko w takie malutkie przyzwyczajonko.
Komp mi figle wyczynia i zawiesza się co mniej więcej 15 minut. Dziś poświęciłam się przez to głupie pudło i zostałam po pracy, żeby naskrobać tych kilka słów.
Dziwnie mi się jakoś wraca.
Czyżbym zaniedbała blog na tak długo? Czy zamieniłam jedno przyzwyczajonko na drugie (tylko w płynie)?

OK, czas na rozrywkę:

Pokłóciliśmy się z Ptysińskim potężnie. Nawet nie wiem o co, a i tak to nie ma znaczenia. Siedział sobie nadęty i obrażony na cały świat a Rodzicielkę w szczególności. Nie patrzyłam na niego. Nagle kątem oka rejestruję jakiś ruch. Moje dziecko z opuszczonym łebkiem szoruje w moim kierunku, jak wypisz-wymaluj, jakiś koziołek rogaty.
Udało mi się wyhamować go na wyprostowanej ręce, jak to czasami na kreskówkach pokazują. Ale Ptysiek nie daje za wygraną, tylko wyraźnie chce mnie przywalić czołem. Spod pięt mu niemal dym idzie (choć może to tylko kurz). Przemawianie do Dziecka nie pomaga. W końcu, w błysku natchnienia pytam
- Kto ty jesteś?
- Stygimoloch - wyjaśnia mój Potomek


Dla nieobeznanych z dinusiami, informacje ściągnięte z Wikipedii.

Stygimoloch (Stygimoloch spinifer) – dinozaur z rodziny pachycefalozaurów (Pachycephalosauridae); jego nazwa znaczy "ciernisty diabeł".

Żył w okresie późnej kredy (68-65 mln lat temu) na terenach Ameryki Północnej. Długość ciała do 3 m, wysokość ok. 1,7 m ciężar ok. 70 kg. Jego szczątki znaleziono w USA (stany Montana, Wyoming).

Stygimoloch żył w stadach i żerował na terenach leśnych. Był dwunożnym roślinożercą - miał krótkie przednie i dużo dłuższe tylne kończyny oraz długi ogon, utrzymywany podczas biegu równo z ciałem. Na głowie sterczały mu rogi, służące i do ozdoby i do walki, ale tylko między członkami stada. Podobnie jak współczesne barany, jelenie itp. samce stygimolochów często toczyły pojedynki na głowy, to o samicę, to o przywództwo w stadzie. Samce stawały naprzeciwko siebie i wyciągając szyję oraz pochylając łby szarżowały na siebie. Jednak nie zderzały się rogami, ale twardymi głowami. Grube kości na szczycie łba stygimolocha chroniły mózg.


piątek, 13 sierpnia 2010

Nawrotka

Miał być tu wpis o pochwałach i jaką cudowną są motywacją, ale się zdefekowało (jak to Dosica mawia). Powinnam napisać wobec tego o drugiej stronie medalu, czyli o naganach i krytyce.
Nie chce mi się.
Mam nawrotkę depresji i alergię na myślenie.
Może zaleję sobie tego robala alkoholem, albo w inny sposób się pozbędę.
Wrócę w każdym razie.
Choć nie gwarantuję że w obecnej postaci.

środa, 11 sierpnia 2010

W poszukiwaniu nieistniejącego czasu

Żaba chce, Żaba dostanie.
Poffalonej chodził po głowie taki jeden post na tematy osobiste, ale dopadło ją to co Bubę Szafolubną, czyli brak nieistniejącego czasu.
Poffalona się stara coby wpisy były przemyślane i sensownie skomponowane, jak nie przymierzając taka ikebana (a że nie zawsze wychodzi...) a do tego nieistniejący jest potrzebny.

W skrócie i biegusiem po ostatnich nowinkach z Niujorskiego gospodarstwa:

Przerwa tymczasowa w remontach nastąpiła. Lwi Szef zaoferował Kudłatemu Ssakowi pracę odpłatną, w związku z czym praca nieodpłatna przy Ruince musiała ustąpić. Wszystkie jednostki ludzkie i zwierzęce są w dodatku tym remontem zmęczone. Pewne etapy zostały zakończone i mamy kawałek wakacji.

Kawałek wakacji zużytkujemy na zabawę po uszy, jako, że jesteśmy zaproszeni na trzy wesela niemal pod rząd. Poffalona dawno nie fikała kończynami i tęskno jej do tej czynności. W chwili obecnej Poffalona komponuje sobie kreacje na owe liczne uroczystości, wbiera i przebiera w dodatkach, podłożyła rozczochraną pod fryzjerski topór... tfu, nożyczki, oraz potupta do salonu piękności, skąd wyjdzie nie-do-Poznania-tylko-do-Niujorku.

A propos dodatków do kreacji, Poffalonej nie podobał się asortyment wieczorowych torebek w licznych, odwiedzanych sklepach (lub nie podobała jej się cena) i Poffaloną napadło aby samej sobie torebeczkę wydziergać na drutach. Niezbędne materiały są, chęci są (straszliwe chęci, bom nie miała drutów w rękach od jakiś trzech miesięcy!!!!!!!!), tylko tego nieistniejącego mało, bo torebeczka ma być gotowa na sobotę. Jak się uda, Poffalona nie omieszka się tym faktem pochwalić.

Póki co, Poffalona leci poszukiwać nieistniejącego, zanim upodobni się do pracoholicznego człowieka rasy żółtej, odłoży nóż i widelec na rzecz pałeczek i zacznie preferować sake w miejce narodowej wódeczki.